Ameryka Łacińska

Gwatemala – Zdjęcia, których nie zrobiłam

   W Gwatemali nie mówi się „Tam nie idź”, ale „tam są maras”.  Maras to […]

Gwatemala – Zdjęcia, których nie zrobiłam

Ameryka Łacińska | Gwatemala | miejsca

 

 W Gwatemali nie mówi się „Tam nie idź”, ale „tam są maras”. 

Maras to gangsterzy. Mają ponoć stacjonować w ruinach, które planuję odwiedzić. Od razu zaczynam rozważać, czy nie odpuścić sobie zaginionych ruin, znajdujących się gdzieś w polu trzciny cukrowej. Albo przynajmniej zostawić w hotelu aparat fotograficzny…

Z drugiej strony….. nie po to jechałam, żeby tam nie zajrzeć.
Tu wtrąca swoje trzy grosze wewnętrzny baran: no ale tam są maras!
W tym momencie ulicą przejeżdża opancerzony oddział wojska, …brakuje tylko czołgu. Nowy rząd wprowadza politykę, „zero tolerancji dla gangów”. Oczywiście tajemnicą poliszynela jest to, za czyje pieniądze nowy prezydent wygrał wybory… W każdym razie oddział sobie pojeździł i teoretycznie odstraszył bandytów. Już mi lepiej. To może jednak pojadę?
Wewnętrzny baran czuje, że chyba nie został wysłuchany, ale nie daje za wygraną: to chociaż zostaw w hostelu aparat i weź tylko tyle pieniędzy, by wystarczyło na bilet. Jak ciebie spotkają maras i nie zabiją, to przynajmniej nie zbankrutujesz.
I słucham tego barana. Po drodze słyszę jeszcze jak mnie strofuje: Dlaczego nie wsadziłaś pieniędzy na powrotny bilet do stanika?
Ma rację! Dlaczego??? Jeśli maras mnie nie zabiją, tylko okradną, to i tak nie będę miała za co wrócić. Tylko jak dyskretnie przeprowadzić taką operację po środku głównej ulicy?
No cóż, tak czy siak jadę. Za chwilę wysiadam w Colonia Maya i idę w kierunku plantacji trzciny cukrowej. Ścieżka idzie zagonami trzciny cukrowej i doprowadza do ruin. Właściwie do dwóch kamieniach, które z miasta pozostały, przy których trzech szamanów odprawia przy jakieś rytuały. Bacznie przygląda się im korpulentny pan.
– Nawet szamana trzeba pilnować! – Mówi. – Bo weźmie kasę i nic nie zrobi!
Po czym zaprasza mnie żebym usiadła obok niego.
– Widzisz, moja intencja potrzebuje dużej mocy. Jeden szaman nie wystarczy.
– A o co chodzi?
– Ktoś bardzo dla mnie ważny zbacza z dobrej drogi…
Za chwilę podchodzi jeden z szamanów, daje mi swoją wizytówkę – specjalizuje się w rytuałach oczyszczenia. A jak mam jakąś specjalną intencję to nawet może złożyć w ofierze czarnego koguta.
Gdybym miała w tym momencie przy sobie aparat… Ale nie mam. Dzięki wewnętrzny baranie…
Po godzinie wycofuję się na przystanek. Nagle dopada mnie… grupa dzieciaków. Wewnętrzny baran z satysfakcją szepcze: Widzisz jak się z ciebie śmieją? Po co ci to było? A może za chwilę zawołają starszych kolegów?
Ale gdzie tam. Po serii niewybrednych żartów, dzieciaki postanowiły trochę więcej się o grindze dowiedzieć. Zapytały więc skąd jestem. Tu was mam! Zazwyczaj mówię że z Europy, co i tak Gwatemalczycy lokalizują gdzieś w okolicach Nowego Jorku. Tym razem postanowiłam być złośliwa.
– Z Warszawy!
– O kurcze, u was było Euro 2012!!!!
To był moment zwrotny naszej znajomości. Dzieciaki prowadząc mnie do autobusu, wypytywały o Polskę, a ja myślałam o moim wewnętrznym baranie… Dobrze, że chociaż pieniędzy w stanik nie schowałam!

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.