Bali

Bali – Moje pięć minut sławy

W podróży trzeba być elastycznym! I warto wyrażać swoje opinie, szczególnie te pozytywne. – Ładnie […]

Bali – Moje pięć minut sławy

Bali | Indonezja | podróże

W podróży trzeba być elastycznym! I warto wyrażać swoje opinie, szczególnie te pozytywne.

– Ładnie Pani dziś wygląda – mówię kobiecie, która usiadła przy sąsiednim stoliku. Miała na sobie elegancki sarong, starannie zaplecione włosy.
– A dziękuje – kobieta uśmiecha się po balijsku, od ucha do ucha. – Idę do świątyni, a ty?
– Pojadę do Tirta Ampul…
– Tam możesz pojechać każdego dnia, a dzisiaj mamy święto! – Dopiero za kilka dni zrozumiałam ze to był nie najlepszy argument, bo na Bali zawsze jest jakieś święto. Ale kiedy kobieta zaproponowała, że mnie zabierze ze sobą, nie opierałam się.

– Tylko, czy masz sarong?
– Jasne – i wyciągam siateczkę z „zestawem świątynnym”. Dzisiaj włożyłam do niej sarong wyjściowy, jak znalazł na tę okazję. W odróżnieniu od saronga „sportowego”, w którym ganiałam po ruinach, w sarongu wyjściowym mogłam jedynie kroczyć z godnością i rozwagą, by się nie potknąć. Miałam też bluzeczkę z długim rękawem, bo złe duchy lubią szczypać nagą skórę rąk oraz pas, który oddziela duchową, górną część ciała od dolnej, pełnej ziemskiej namiętności.
Czy na pewno to wystarczy, żeby wejść na uroczystość? Kobieta tylko pokazała swój skuter.
– Siadaj, jedziemy!
Usiadłam po męsku. Kobieta tylko pokiwała głową i prawdopodobnie wtedy podjęła decyzje, że wracam na piechotę.
Wkrótce dojechałyśmy do świątyni. Bocznym wejściem wprowadziła mnie do wielkiej sali. Usiadłyśmy na podłodze. Ktoś zaintonował pierwszą modlitwę. Po zakończeniu wierni wyciągali z ofiarnego koszyka odpowiedni kwiat i zatykali we włosy kilka płatków.
– Dziś prosimy bogów o jasność umysłu, mądrość i powodzenie – tłumaczy mi kobieta i podaje kilka płatków. Potem ktoś nalał mi na dłonie wodę.
– Otrzyj nią głowę, ciało i wypij – po czym wodą znaczy kropkę na moim czole. Za chwilę podchodzi ktoś z talerzykiem ryżu. Kobieta przykleja mi ziarna do czoła.
Na tym kończy się uroczystość. Koniec modlitwy. Już przed świątynią kobieta stawia mi kosz ofiarny na głowie.
– Zanieś go do domu, ja pojadę skuterem.
Ruszyłam za kobietami, tak jak one niosąc kosz na głowie. Turyści robili zdjęcia miejscowym, miejscowi robili zdjęcia turystce, czyli mnie. W ten sposób miałam swoje pięć minut sławy.

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.