Ameryka Łacińska

Biedni ale szczęśliwi?

Wczoraj znowu to słyszałam – opowieści o mieszkańcach slamsów, którzy są biedni ale szczęśliwi – […]

Biedni ale szczęśliwi?

Ameryka Łacińska | Bali | Gruzja

Wczoraj znowu to słyszałam – opowieści o mieszkańcach slamsów, którzy są biedni ale szczęśliwi

– W slamsach Kalkuty ludzie są biedni ale szczęśliwi – mówi pewien włóczykij. – Umieją się cieszyć życiem, choć nic nie mają.
Był w Indiach, zwiedzał slamsy, pstryknął kilka fotek uśmiechniętych, brudnych dzieci. Bo dzieci zawsze garną się do aparatu i się śmieją. I to oglądamy na pokazach. Ale prawda jest gdzieś poza kadrem. Tam właśnie znajdują się Ci, którzy nie śmieją, do których lepiej nie podchodzić…
Oglądam zatem fotografie uśmiechniętych ludzi, szczęśliwych, że żyją bez dóbr doczesnych. Ja – przedstawiciel zbrukanego konsumpcjonizmem smutnego świata – słucham następnie opowieści o ich szczęściu… W pewnym momencie przerywam słowotok.
– Mówisz w hindi?
– Nie.
– To w jakim języku z nimi rozmawiałeś?
– Na migi.
Nie jestem dobra w tego typu konwersacjach. Za pomocą gestów mogę kupić w sklepie bułeczki, albo zamówić coś w barze, nigdy nie mając pewności, co ostatecznie wyląduje na stole. Ale jak mową ciała oddać słowo „nędza”, albo „marzę o iPhonie”?  Z uporem maniaka, jak bohema Młodej Polski, szukamy wysp szczęśliwych, a w nędzarzach dzisiejszego świata szukamy czystej radości życia. Tylko że teraz nie szukamy ich w podkrakowskiej wsi, lecz w slumsach tego świata i wioskach na obrzeżach cywilizacji zachodu. Ze zbyt wielką łatwością przypisujemy ich mieszkańcom odporność na konsumpcyjne pokusy tego świata. Sama też dokładam cegiełkę do tej „chłopomani XXI wieku”. Też publikuję zdjęcia uśmiechniętych ludzi – bo są ładne. Dlatego muszę opowiedzieć kilka historii, spoza kadru.

Przepychanki z bogami

Putri uśmiechnęła się, gdy podeszłam do niej i powiedziałam, że pięknie wygląda. Jaka kobieta, by nie zareagowała uśmiechem? Za chwilę Putri zakładała mi sarong. W świątyni właśnie zaczynało się kolejne święto, tym razem wierni przede wszystkim będą modlić się o pieniądze. Bogom nie jest z nimi łatwo. Wierni są coraz bardziej konkretni w swych żądaniach i wymagający w oczekiwaniach. Coraz trudniej spełnić ich żądania. Bogowie musieliby chyba obrabować hurtownię sprzętu AGD i kilka sklepów z markową odzieżą. Moja znajoma też ma potrzeby – chce pieniędzy, za które wyremontuje swoją restaurację i może zbudowałaby hotel…
Pieniędzy chcą też od bogów pracownicy Aishy muzułmanki z Jawy. Wtedy zbudowaliby piękny hotel, albo kawiarnię czy wypożyczalnię sprzętu surfingowego. Więc składają ofiary…
– …przed drzwiami do hotelu, na dachu – wymienia ich pracodawczyni Składają je po dwa razy w tygodniu. Mają taki gest, że pod koniec miesiąca muszę im wypłacać ekstra pieniądze, bo nie starcza im na życie. 

Lalka we śnie

Dziewczynki z Chiapas też nic nie mają, poza naręczem bransoletek, które muszą wcisnąć turystom. Póki co, całkiem nieźle im to wychodzi. Jaki biały nie wzruszy się na widok uśmiechniętego indiańskiego dziecka… Nawet dopłaci 10 peso, żeby zrobić sobie z nim zdjęcie. Chamulowie za darmo bowiem twarzy nie pokażą! Wiedzą, że ma jakąś cenę, tylko nie wiedzą jaką. Czy za te pieniądze biały człowiek kupi sobie rurkę z kremem a może lalkę barbie o której śnią te dziewczynki?

Zdegradowany

Waha z Gruzji miał kiedyś pracę. I to nie byle jaką, bo na stanowisku! Zarabiał tyle, że na czarną wołgę wystarczyło. Dom też wybudował i winnicę. Teraz Waha nie ma pracy. Budżet łata wynajmem pokoi dla turystów. Ma najniższą stawkę, bo i sam pokój mizerny. Ściany oklejone są tapetami, przy ścianie stoi łoże małżeńskie, zapewne jeszcze po babci, a w kącie pokoju buczy lodówka – jeszcze z lat 50-tych.
Waha pewnie spoiłby mnie winem w rytm turystycznie gruzińskich toastów, ale w pokoju obok rozlokowali się jego znajomi z Azerbejdżanu. Przy nich nie chciał niczego udawać. Posłuchałam więc historii o człowieku, który już nie ma marzeń. Kilka dni później na pożegnanie wszyscy zrobiliśmy sobie zdjęcie. Z uśmiechem i tylko oczy Wahy pozostały smutne.

Bezsilność szamana

W Gwatemali szamani odpędzali mnie od swoich obrzędów. Jednak tym razem było inaczej. Sponsor rytuału przywołał mnie do siebie, a szamanka przerwała pracę i wręczyła mi swoją wizytówkę.
– Nie zgub jej – powiedział mężczyzna. – To najlepsza szamanka w Gwatemali.
– Po co w takim razie jeszcze ten drugi szaman?
– Oj…
No tak, przecież to wszystko zależy od intencji. A ta musi być bardzo poważna. Gdzieś na przedmieściach Ciudad Gwatemala, jakiś Luis, Jose, czy Juan wpadł bowiem w złe towarzystwo. Nie obwijając w bawełnę wstąpił do „maras”, czyli gangu. Dziecko idealnego świata, pozbawionego pieniędzy, któremu jednak nieobce są materialne pragnienia, nauczyło się na migi mówić: „Chcę twojego iPhona”.
To przez takich jak Jose, mieszkańcy Gwatemali nie wychodzą po zmierzchu z domu, transport publiczny działa do zachodu słońca, kiedy to ludzie zamykają okna okiennicami, których nie przebiją kule.
Dlatego nie szukam krain szczęśliwości. Kiedy zaś patrzę na fotografię uśmiechniętego człowieka, pamiętam, że to jest tylko zdjęcie. Wiem, że świat jest piękny, ale często śmieje się przez łzy…

Udostępnij

Podobne

Spodobał Ci się wpis?
Polub nas na Facebooku i pozostańmy w kontakcie:)

Dorota Chojnowska i Selim Saffarini na Warmii

O nas

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to nasze o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!