Ameryka Łacińska

Brutalna dobroczynność

Dobroczynność to przemysł, który często kieruje się prawami rynku, a nie potrzeb. Przynajmniej w Gwatemali… […]

Brutalna dobroczynność

Ameryka Łacińska | Gwatemala | inspiracje

Dobroczynność to przemysł, który często kieruje się prawami rynku, a nie potrzeb. Przynajmniej w Gwatemali…

Rozmowa między moimi koleżankami z UNESCO w Gwatemali.
– Byłaś już porwana przez encapuchados?
– W zeszłym roku. Zgarnęli nas z domu i wywieźli na cały dzień. A ty?
– Wszystko przede mną. Bardzo się boję.
– Jak się nie będziesz stawiać, to nic się nie stanie…
Stoję i słucham. Rozmawiają o porwaniu? Słowo encapuchados oznacza bowiem gościa w kominiarce. Ale żeby porwali je z domu? Przecież u nich mieszkam i wiem, że ich dom to twierdza. Osiedle w Ciudad Guatemala, w którym mieszkają dziewczyny, otaczają mury pociągnięte jeszcze drutem kolczastym. Mają swoją korporację, a w niej swojego osobistego taksówkarza na zawołanie przez całą dobę. Tylko on ma prawo je wozić po mieście. Raz zamówiły go dla mnie. Facet nie chciał mnie wziąć. Bał się.
– Skąd więc się wzięli encapuchados u was na osiedlu ?
– To element treningu na wypadek porwania. – tłumaczy Ana. – Każdy nasz pracownik i wolontariusz pewnego dnia zostaje porwany w ramach ćwiczeń. – dodaje.
– Zakładają ci worek na głowę i wywożą gdzieś za miasto – wspomina swój pierwszy raz Sophie. – Ale czasem ludzie za bardzo się wczuwają, a wtedy może przydarzyć się zawał serca, jak ostatnio…

Rozdziały i podziały

Sophie mieszka w Gwatemali już pół roku, Ana dopiero miesiąc. Dziewczyny mają tu pełne ręce roboty. Taksówkarz odstawia je pod biurem o świcie i odbiera późnym wieczorem. Przez cały ten czas dziewczyny pomagają. Z biura rozdzielają granty na najbardziej palące potrzeby.
– I nie wychodzicie na ulicę?
– No weź! Przecież to niebezpieczne! Po przyjeździe musiałysmy podpisać zobowiązanie, że same nie będziemy się tu nigdzie poruszać.
– Ale w ten sposób możecie rozdać telefony komórkowe tam gdzie nie ma zasięgu, a komputery tam gdzie nie ma prądu i internetu!
– I tak się zdarza… – Conrado do tej pory milczał, ale nie wytrzymał. – Granty przede wszystkim utrzymują organizacje i ich pracowników, do potrzebujących trafia 10-30% pieniędzy.

Walka z przeznaczeniem

Conrado nie słucha zakazów narzuconych pracownikom organizacji pozarządowych. Ciągle szwenda się po mieście, nawet pracuje w terenie! Przez ostatnich kilka miesięcy w slumsach Ciudad Guatemala dla Czerwonego Krzyża.
– Uczyliśmy ich jak się przygotować na wypadek klęski żywiołowej. I wiesz, co mówili miejscowi podczas zajęć?
– Nie mam pojęcia.
– „Como dios quiere”, czyli wszystko w rękach Boga! Tego nie da się przeskoczyć! Mówią „como dios quiere” i rozkładają ręce. I nie jestem w stanie ich przekonać do zrobienia jednego, durnego węzełka, który może uratować im życie.
– Jakiego węzełka?
– Niewielkiej foliowej torebki w której byłaby mąka, woda i suche ubranie, czyli wszystko co pozwoli im przeżyć pierwsze 24 godziny po powodzi czy innej klęsce żywiołowej, zanim nadejdzie pomoc! Przez ostatnie miesiące nie byłem w stanie ich przekonać, by ten węzełek zawiesili na sznurku u sufitu. I żeby tam sobie po prostu wisiał na wszelki wypadek.
– Ale dlaczego nie chcieli tego zrobić?
– Bo jeśli Bóg zechce, to ich ocali, nawet jeśli nie mają woreczka. A jeśli nie zechce to, choćby mieli ten woreczek, to i tak zginą. Więc po co im zawracamy głowę?
– Faktycznie bez sensu…
– Zgadzam się! Więc pewnie dlatego, kilka dni temu ktoś do nas podszedł i powiedział, że mogą nas chronić jeszcze tylko przez miesiąc, a potem mamy sobie iść, bo nas nie potrzebują.

Przesycenie dobrocią

Sary też nikt nie chciał słuchać.
– Oni już mają dosyć organizacji pomocowych. Biali ciągle im zawracają głowę, zapraszają na spotkania. Indianie nie mają na to czasu.
– Kiedyś było inaczej?
– Jeszcze kilka lat temu coś można było z nimi przepracować. Dziś przyjdą na spotkanie tylko jeśli mamy jakieś ciasteczka albo prezenty. A przecież nasz grant był naprawdę bardzo potrzebny!
Sara przyjechała z Gwatemali jako wolontariuszka AmericanAid. Jej głównym zadaniem było przekonanie kobiet do gotowania na kuchenkach żeliwnych.
– Widzisz, tu ciągle gotuje się nad otwartym ogniem. Domownicy wdychają więc tlenek węgla i się podtruwają. Najgorszy jest dla niemowląt, które wdychają go przywiązane w chustach na plecach matek.
Założenie AmericanAid jest takie, by wolontariusz mieszkał w lokalnej społeczności. Zatem Sara oprócz wtłaczania Indianom kuchenek, pomagała w codziennych sprawach.
– Kiedy trzeba było kogoś zawieźć samochodem, przeczytać instrukcję…
– Czyli twój wyjazd miał jednak jakiś sens.
– Może i miał, ale co z tego?

Wolontariat to przygoda!

Nie łatwo zakwalifikować się do AmericanAid. Sara musiała wykazać się odpowiednim CV, po czym przejść kilkustopniowe egzaminy. Anthony’emu wystarczyła odrobina kolonialnej wyższości, która wzbudziła w nim litość na widok indiańskiego domostwa w okolicach Antigua. Miał też sporo zapału i fantazji don Quijote, która sprawiła, że postanowił zmienić indiańską rzeczywistość. I w ten sposób zapisał się do szkoły hiszpańskiego, gdzie w ramach zajęć organizowane są wolontariaty. Anthony jeździ zatem do miasteczek wokół Antigua i rozdaje damskie ubrania Indiankom. Nie skojarzył, że kobiety noszą tylko swoje tradycyjne stroje.
– Rozdawałem też lekarstwa.
– Na specjalne zamówienie?
– Nie, z pudła. Indianki nabrały sobie garściami i poszły.
Co mam mu powiedzieć? Że wokół Antigua ludzie naprawdę dobrze żyją w porównaniu do mieszkańców wiosek zagubionych w dżungli. Tylko że Anthony nigdy tam nie dotrze, bo za daleko, bo zbyt niebezpiecznie. Zatem Anthony świat Gwatemalczyków będzie porównywał do swojego, a wtedy zawsze stanie nad przepaścią. Przecież tu nawet członkowie klasy średniej nie zawsze mają pralkę w domu i normalną kuchnię, co dopiero średniozamożni Indianie.
Wolontariuszy poszukują też organizacje proekologiczne. Na tablicy korkowej w hostelu w Antigua Guatemala wisi mnóstwo ogłoszeń z ofertami pracy na najróżniejszych plantacjach, które dla dobra ziemi i kosmosu uprawiają kawę, orzeszki makadamii albo inne rośliny. Następnie robią z nich ekologiczne kosmetyki, cieszące się niemałym wzięciem wśród najbogatszych mieszkanek Zona Rosa w Ciudad Guatemala.
Isabel pracowała na takiej właśnie plantacji. Miała wikt, opierunek i medytacje raz dziennie o zachodzie słońca. Dziewczyna była zachwycona, właściciel plantacji też…
Domostwo w drodze do Livingstone
Maria Luz przy lekcjach

  • Anonimowy

    W punkt!

    • Tylko przykro, że marnuje się takie zasoby entuzjazmu i energii ludzi, którzy naprawdę chcą komuś pomóc…

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.