Czeczenia

Jak sobie radzić z facetami w podróży?

Lubimy demonizować facetów. Ale tak naprawdę ich obecność dodaje smaczku podróżom… Miałam napisać mądrego posta. […]

Jak sobie radzić z facetami w podróży?

Czeczenia | Dagestan | Gruzja

Lubimy demonizować facetów. Ale tak naprawdę ich obecność dodaje smaczku podróżom…

Miałam napisać mądrego posta. Może o językach obcych albo moskiewskich loftach. A tu po pokazie o donżuanach, co chwilę słyszę głosy niezadowolenia – dlaczego tak mało opowiedziałaś o SWOICH facetach? O tych, których spotkałaś po drodze. To piszę.
Ale zacznę od siebie. Bo kim jestem w podróży? Czymś, co wygląda jak kobieta, ale do końca nią jest. Bo inaczej się ubieram, bo wyglądam jak kosmitka, bo moja obecność burzy ustalony od dawien dawna porządek rzeczy. Ten porządek wyraźnie zakłada, że kobieta siedzi w domu. A ja nie siedzę. Zatem sam fakt bycia w podróży stawia pod wielkim znakiem zapytania moja kobiecość, podobnie jak męskość moich męskich członków rodziny, którzy mnie w podróż wypuścili.
– Bo ja bym swojej córki nie puścił – mówi pan Z, bardziej Rosjanin, niż Osetyjczyk. Pan Z. choć więcej czasu spędził w Rosji niż w swej ojczyźnie, na serio traktuje pilnowanie honoru swojej córki.
– W domu zawsze jest o godzinie dwudziestej.
– A ile ma lat?
– 22.
– I nigdy jej nie pozwalasz zostać dłużej, nawet na imprezie? – Pan Z. tylko wymownie spojrzał. No tak, o co ja pytam! Jasne, że nie może. Jeszcze ktoś ją porwie, a wtedy honor zarówno dziewczyny, jak i ojca zostanie splamiony na wieki. Przywołanie honoru na Kaukazie ucina wszelką dyskusję. Tu ceni się go ponad życie.
– Pamiętasz Albinę? – dodaje koleżanka pana Z., która jest z nami tylko po to, by chronić honor pana Z. To znaczy po powrocie zaświadczyć własną głową, że na daczy pod Władykaukazem do niczego nie doszło między niezamężną kobietą z Polski, a żonatym facetem z Osetii. W tym wszystkim najgorzej wyszłam ja. U nas weekend w towarzystwie żonatego mężczyzny brzmi jednak co nieco lepiej, niż z gościem z czarnej listy Interpolu…
Wróćmy do Albiny. Otóż dziewczyna wpadła w oko pewnemu Czeczenowi. On naciskał, ona się opierała, aż w końcu ją porwał.
– I co?
– I musiała się z nim pobrać. Bo po tym nikt już by jej za żonę nie wziął.
Dziewczyna i tak została sama, bo koleś po roku ją zostawił… W ten sposób myśląc…

…powinnam zostać żoną Dzhy. 

Bo całkowicie dobrowolnie i z pełną świadomością się porwałam… To znaczy na czas pobytu w Groznym zamieszkałam u niego w mieszkaniu. Sytuacja nie do pomyślenia, gdybym była Czeczenką. Na szczęście mnie nie obowiązują tak rygorystyczne normy społeczne, skoro i tak nie zamierzam się wydać za żadnego Czeczena… Z tej sytuacji najbardziej cieszył się Dzha, bo nareszcie, przez tych kilka dni miał kompana, który tak jak on widział absurdy systemu i tak jak on, potrafił się z nich śmiać. Nareszcie też Dzha miał z kim nocą spacerować po mieście, wstąpić do Rock Baru, by przy butelce piwa bezalkoholowego posłuchać piosenek Urszuli Sipińskiej. Właściciel lokalu, jeszcze przed dwoma wojnami i kilkoma systemami, zbierał pocztówki muzyczne z Polski. Kochał Marylę Rodowicz, znał na pamięć teksty Trubadurów i nareszcie mógł o tym z kimś pogadać.

Dwa światy

W krajach, o silnej pozycji mężczyzn, kobiety spokojnie żyją i wychowują dzieci pod parasolem bezpieczeństwa rozpostartym nad nią przez ojców, braci, kuzynów i mężow. Dla nich rozkład życia jest prosty – najpierw mieszkają u ojca, a potem u męża. Tylko te z najbardziej liberalnych rodzin w przerwie na edukację, mieszkają same. Ale nawet, gdy mieszkają same, miejscowi amanci im nie nadskakują. Za dobrze wiedzą, że podbite oko to najłagodniejsza konsekwencja takiego postępowania. Turystka w tym momencie to wygrany los na loterii, tylko… Choć nie wspiera jej żadne męskie ramię, to wcale nie znaczy, że jest bezbronna. Tak naprawdę nasz krąg kulturowy i nasze wychowanie dało nam, kobietom, do ręki niezwykłe narzędzie – sztukę konwersacji.

Spotkanie

Samo południe, gdzieś na bezdrożach Dagestanu. Słońce praży, a ja już ponad godzinę, siedzę na skrzyżowaniu po środku niczego i czekam na autobus. Kilkanaście metrów dalej na tym samym krawężniku siedzi facet. On na nic nie czeka. Schowany w cieniu ciężarówki chce jakoś dotrwać do wieczora.
– Dokąd jedziesz? – pyta.
– Do Gunibu.
– To chyba poczekasz. Już dwa dni tu stoję i żadnego autobusu w tamtą stronę nie widziałem.
– Mówili, że dziś ma przyjechać.
– Naprawdę? To przynajmniej zejdź ze słońca – i wskazał miejsce na krawężniku obok siebie.
Skoro mężczyzna podzielił się cieniem, ja poczęstowałam go chlebem. Zaczęliśmy rozmowę. Na początku neutralnie, od korupcji toczącej Dagestan, przez którą mój nowy znajomy męczy się na tym skraju drogi.
– Jeszcze kilka tygodni temu o tej porze sprzedawałbym drugą albo trzecią ciężarówkę piasku. A teraz przez trzy dni ledwo mi się udaje opróżnić jedną.
Na szczęście kilka dni wcześniej prezydent Darginiec trafił za kratki, a na jego miejsce wszedł Awar. Mój rozmówca też był Awarem, tylko, czy teraz będzie lepiej?
– I jak ja mam nakarmić dzieci? Chcesz je zobaczyć? – i wyciąga telefon. To ja też wyciągam telefon i pokazuję moich siostrzeńców.
– Dlaczego nie masz własnych?
Opowiedziałam. Szczerze. Przecież wiem, że nigdy więcej go nie spotkam. Nie zapamiętam nawet jego imienia. Podobnie jak on. Dlatego opowiada mi o swojej rodzinie, o tym, co czuje do swojej żony i o tym, że jeszcze nigdy z żadną kobietą o tym nie rozmawiał. Bo jak? Świat mężczyzn od świata kobiet oddziela szklana ściana. Ich małżeństwa są aranżowane przez rodzinę. Często młodzi poznają się na ślubnym kobiercu. Jeśli mają szczęście, to się zaprzyjaźnią albo nawet pokochają, a jak nie, to do końca życia będą żyli obok siebie, hodując dzieci, a ich interakcja będzie ograniczona do niezbędnej wymiany zdań. A przecież facet też człowiek. On czasem po prostu lubi pogadać!
Ja też lubię rozmawiać. Na przykład o mydłach, szczególnie tych z Aleppo. I to godzinami, jak w pewnym sklepie z mydłami w Damaszku. Gdy na koniec pakowałam do plecaka kostki burego mydła o oliwkowo zielonym wnętrzu sprzedawca powiedział:
– Dziękuję, ze złamałaś mi serce – i podarował mi jeszcze jedno, w kształcie serca. Taki drobiazg, który dodał odrobinę ciepła do moich wspomnień. Kiedy indziej był to kwiatek, albo jakiś znaleziona na plaży muszelka…

Romantycy

Irańczycy też lubią rozmawiać, a przy okazji są bardzo pomocni. Arasha spotkałam w Abioneh. Podszedł do mnie z pytaniem, czy nie potrzebuję pomocy. Potrzebowałam i to bardzo. Kilka dni wcześniej, kiedy jechałam rowerem drogą łączącą Abioneh z Kaszan, zatrzymało mnie wojsko i policja. O mały włos bowiem nie zrobiłam zdjęcia elektrowni, gdzie prawdopodobnie wzbogacano uran. Nawet zaczynałam się jakoś dogadywać z przedstawicielami władzy, gdy nadjechała moja koleżanka – Iranka. Iranki z natury mężczyzn trzymają krótko, a jeśli ten mężczyzna jest mundurowym, to nie mają litości. W efekcie panowie się mocno wkurzyli i z czystej złośliwości przytrzymali nas kilka godzin.
Tego dnia, kiedy spotkałam Arasha znowu musiałam przejechać koło tej elektrowni. Tylko, że tym razem nie miałam dokumentów. Na mapie znalazłam alternatywną drogę, która okrążała trefne miejsce.
– W żadnym wypadku tamtędy nie jedź – szosa jest zniszczona i pełno na niej dzikich zwierząt.
– Nie mam za bardzo wyboru. Na dole zgarną mnie za recydywę…
– To ja cię przewiozę.
Przewiózł, wysadził. Wziął jeszcze telefon, żeby się upewnić, że szczęśliwie dojechałam do Kaszan. Wieczorem wysłał pierwszego SMS-a z wierszem miłosnym. Po kilku dniach miałam dość. Ale nie popadajmy w histerię! Wystarczy zablokować pana i po kłopocie.

Pomoc koleżeńska

Czasem to ja wyciągam pomocną dłoń w kierunku mężczyzn. Roberto spotkałam w Gwatemali. Leżał bez życia po środku chodnika. Nie dlatego, że ktoś umieścił mu jakiś kawałek metalu między żebrami. Po prostu Quetzalteca w barze była zbyt tania… Zatem stanęłam nad jego ciałem i pilnowałam, by nikt sobie po nim nie przeszedł, podczas gdy jego kumple donosili kolejne shoty. Ale z wyczuciem, żeby nikt z nas nie dołączył do naszego upadłego druha. Następnego dnia, gdy Roberto stanął na nogi, byliśmy już najlepszymi kumplami. Dwa dni później zabrał mnie do starożytnego majańskiego miasta – Quirigua. Okazało się bowiem, że miłośnik Quetzalteki przy okazji jest szanowanym archeologiem. Dzięki niemu o północy zwiedzałam starożytne majańskie miasto po środku dżungli.

Trochę hardcore’u

Tak naprawdę, tylko z jednej podróży wróciłam umęczona mężczyznami. Do dziś zastanawiam się, czy dla Gruzinów zaproszeniem do „tańca” są jakieś konkretne zachowania. A może wystarczał fakt, że podróżuję sama? Schemat był zawsze ten sam – ich pytanie, moja neutralna odpowiedz i na stole lądowała butelka wina. A że Gruzin ręki ze szklanką nie cofa wyjścia były dwa, albo go upić, albo wznieść odpowiedni toast, który zapewni nietykalność. Jednak najbardziej niebezpieczna sytuacja nie zdarzyła się w okolicach butelki wina. Jechałam zwykłą, legalną taksówką. Kolega, Gruzin wysiadł wcześniej, ja miałam do przejechania jeszcze dwie przecznice.
–Paguljajem? Niedaleko jest jezioro – mówi taksówkarz, zamyka drzwi i zmienia kurs. Czuję pismo nosem. Natychmiast każę mu się zatrzymać. Zrobił to, ale nie wciąż nie otwiera drzwi samochodu. Wyszłam dopiero po tym, jak wspomniałam o przyjaciółce, która pracuje dla policji. To był blef, ale zadziałał. Więcej już sama po Tbilisi taksówką nie jeździłam. I tyle.

W praktyce

Tak naprawdę dla samotnie podróżującej kobiety mężczyźni nie stanowią żadnego problemu. Bardzo łatwo rozpoznać tych, którzy myślą tylko o jednym. Oni w pierwszej minucie zasypią komplementami, zaproszą na kawę, a kiedy spotkają się z odmową, odejdą w siną dal szukać kolejnej okazji. Większość z nich jest po prostu ciekawa, kim jestem, skąd pochodzę i dlaczego tu przyjechałam. Czasem chcą podszkolić angielski, czasem poszpanować przed kumplami. Może część z nich nawet zacznie sondować możliwość na „ciąg dalszy”, ale tak naprawdę to tylko ode mnie zależy w którym kierunku pójdzie ta znajomość… p.s. Więcej opowieści o mężczyznach z różnych stron świata usłyszysz podczas pokazu „Donżuani”. Najbliższy już 5 września 2017 w Klubokawiarni Jaś & Małgosia na rogu Anielewicza i Jana Pawła II w Warszawie o godz. 19.00. Zapraszam!
Dzha i ja:)
na granicy Azerbejdźanu
Irańczycy
Z tym panem spedziłam przemiły czas. Na koniec poczęstował mnie chapulines.
Kierowca z Guatemali
Tancerz gruziński
Ja w Iranie

  • Super tekst! Rozwiewa wiele stereotypów z którymi walczą samotnie podróżujące kobiety. Jednocześnie uczula na ewentualne kłopoty, ale też pokazuje ilu ciekawych ludzi/mężczyzn los może postawić na naszej drodze. Dziękuję za ciekawą poranną lekturę.

    • To ja dziękuje za przemiły wpis! Pozdrawiam i zyczę wielu podróży i miłych spotkań z mężczyznami również:)

  • Zocha

    Bardzo się ciesze że zdecydowałas się jednak na właśnie taki post!Jesteśmy wciąż straszone mężczyznami a najczęściej jak sama zauważyłaś zaczepiają przez ciekawość. Miałam mnóstwo sytuacji, nawet nie w podróży, kiedy na widok jakiegoś bezdomnego, pijanego faceta od razu włączał mi się tryb alarmowy. Dwa tygodnie temu już z daleka widziałam ze takiego typu facet wyraźnie chce mnie zaczepic. Skręcić nie było gdzie, do tego bylam z psem, wiec chcąc nie chcąc idę dalej. Kiedy obok niego przechodziłam nagle się odezwał: Ojejku, witaj pieseczku! Jaki ty jesteś śliczny!Jak widać czasem strach ma wielkie oczy 😉

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.