Ameryka Łacińska

Gwatemala, miejsca które trzeba zobaczyć

Miejsca poznaję dzięki ludziom, których tam spotykam, zapamiętuję poprzez chwile, które z nimi przeżywam. I […]

Gwatemala, miejsca które trzeba zobaczyć

Ameryka Łacińska | Gwatemala | podróże

Miejsca poznaję dzięki ludziom, których tam spotykam, zapamiętuję poprzez chwile, które z nimi przeżywam. I taka właśnie jest moja Gwatemala…

Do Gwatemali trafiłam przez przypadek. Od ponad dwóch miesięcy szwendałam się po Meksyku – wzdłuż wybrzeża Jukatanu jakaś siła pchała mnie na południe, dalej i dalej, aż trafiłam do Chetumalu przy granicy z Belize. Stąd był już było zaledwie kilka godzin chickenbusem do Gwatemali.
– To może pojadę do Tikal? – mówi wewnętrzny głos przygody.
Zmęczona wędrówką cześć mojej duszy zareagowała natychmiastowo. Po co? I zagrała kartą wspomnień z Tulum.. Kilka dni temu byłam świadkiem dramatycznej sceny.
– Thanks to the ancient Mayas, i have to do another lost city tour! – krzyczał zdesperowany amerykański nastolatek na wieść, że jutro też będzie zwiedzał.
– A więc tak wygląda przesycenie organizmu piramidami – pomyślałam wtedy.
– Czy też chcesz doprowadzić się do tego stanu – powiedziała mi teraz zmęczona cześć mojej duszy.
– Tak, chcę!
I pojechałam.

Tikal

Kilka dni później stałam już na szczycie pierwszej piramidy. Pode mną po horyzont rozciągał się zielony dywan, utkany z koron drzew. Ten widok znałam już z Gwiezdnych Wojen. W Episode IV A New Hope, Tikal z wirtuozerią „zagrało” księżyc Javin 4.
Z kolejną piramidą nie poszło już tak łatwo. Schody na szczyt puszczono wzdłuż ściany, a że ta była prawie pionowa to i same schody bardziej przypominały drabinę. No cóż, trzeba wejść. Wspinam się na kilka szczebelków i od razu daje o sobie znać paniczny lek wysokości. Schodzę.
– I tak zamierzasz to zostawić? – na ambicję wchodzi głos przygody.
Patrzę na scianę, na człowieka wielkości mrówki, który właśnie jest w połowie drogi. Tak po prostu się poddam? Podejmuję kolejną próbę. Zachodzę wyżej, ale strach sprawia że trzęsą mi się ręce. Odpuszczam.
– No nie, ale z ciebie cykor! – głos przygody nie daje za wygraną. Ma rację. Nie codziennie mam okazję chodzić po Tikal.
Dobra, do trzech razy sztuka. Wspinam się, wspinam, błagam wszystkie okoliczne aluxes, czyli majańskie duchy strażników o pomoc i dalej się wspinam… Zaszłam nieco dalej, kiedy znów dopada mnie strach. Robię krok w dół i nagle zdaję sobie sprawę, że tak samo się boję jak bym wchodziła. To idę za ciosem. Do góry.
– Daj mi aparat – usłyszałam na szczycie piramidy. Jakiś turysta przyglądał się mojej alabastrowo białej twarzy z artystycznym ogniem w oczach. – Muszę zrobić ci zdjęcie, bo jesteś tak pięknie przerażona!

Mixco Viejo

To była huczna impreza. Na osiedlu otoczonym murem kolczastym w samym sercu Ciudad Guatemala świętowaliśmy nominację ministerialną naszej znajomej. Stawili się wszyscy sąsiedzi – głównie działacze najróżniejszych organizacji NGO. Do pewnego momentu wszystko szło według schematu – rozmowy o najnowszych konferencjach, wymiana opinii na temat kondycji państwa, kilka zdań na temat nowych projektów na rzecz kobiet i reszty gwatemalskiego świata.
– Co jutro robicie? – w pewnym momencie odzywa się Ana.
Co za pytanie! Ana siedzi tu już pół roku i jeszcze się nie nauczyła, że pracownik NGO dzień wolny od pracy spędza w zaciszu drutu kolczastego otaczającego swoje osiedle?
– Nie pojechaliście do Mixco Viejo? – Ana nie odpuszcza.
– Przecież poruszanie się po mieście jest zakazane! – odpowiada koleżanka z UNICEFU. Ale komu ona mówi, przecież Ana się zakochała.
No tak… Ana kilka tygodni temu poznała Conrado. Podczas gdy reszta towarzystwa dzień spędza w klimatyzowanych biurach on pracuje w terenie, aktualnie w slumsach. A to nie byle jakie wyzwanie. Do slumsów trzeba umieć wejść i trzeba mieć protektorów, którzy zapewnią bezpieczeństwo. Czyli Conrado dogadał się z mafią. Kiedy wieczorem reszta towarzystwa zjeżdżała się taksówkami na teren osiedla, on do centrum miasta turlał się chickenbusami. Iedy reszta towarzystwa degustowała pizze Taki chłopak nie mógł zagrać swojej dziewczyny na pierwszą randkę do restauracji sushi. Conrado zaprosił więc Anę na plażę. Ana nigdy wcześniej nie była na gwatemalskiej plaży. Piasek i morze stanowiło miłą odmianę dla nudnej trasy praca – osiedle – praca. Mało tego! Była bardzo zaskoczona, że przeżyła tę eskapadę. Kiedy indziej poszli na spacer po Zona 1. Też nic się nie stało. I tak Ana zasmakowała w adrenalinie.
– To jak, jedziecie?
– My nie możemy – mówi Rachel z ambasady USA. – U nas panuje absolutny zakaz oddalania się poza granice miasta.
– Ale ja chętnie pojadę! – powiedziała Carmen z jakiegoś NGO, który zajmuje się kobietami. – Wiecie, że mieszkam tu już pól roku i jeszcze nigdy nie spacerowałam po mieście?
Wyjechaliśmy następnego dnia. Carmen zachwyciły chickenbusy – podstawowy środek transportu gwatemalskich kobiet. Ubawiły ją dziury w asfalcie – że jest ich więcej niż asfaltu. Ale najlepsza zabawa czekała na nią w pewnym barze, gdzieś w zapomnianym przez Boga miasteczku, w którym mieliśmy kolejną przesiadkę.
– Que quiere? – Kelner pytał kilka razy i ciągle otrzymywał jedną odpowiedź:
– Cafe con leche – czyli kawę z mlekiem.
Na twarzy mężczyzny pojawiło się zafrasowanie. Jeszcze kilka razy powtórzył zamówienie po czym przyniósł szklankę mleka i słoik nescafee. Wszystko się zgadza: jest i kawa i mleko. Carmen parsknęła śmiechem. Przez łzy setnego ubawienia robiła jedno zdjęcie za drugim. Ja nie zrobiłam żadnego, bo po prostu zrobiło mi się przykro. A Mixco Viejo? Cóż, dojechaliśmy. Spotkaliśmy szamanów, wspinaliśmy się na piramidy, ale to Carmen już tak nie ubawiło…

Antigua Guatemala

W Gwatemali trzeba stąpać ostrożnie. Życie nocne istnieje tylko w kościołach protestanckich. Na szczęście jest Antigua. Za każdym razem, kiedy tu wracałam czułam się jak pies spuszczony ze smyczy. Nareszcie mogłam spacerować po zmierzchu, nareszcie mogłam zajrzeć w każde podwórko i odkrywać galerie, kawiarnie, sklepy, robić zdjęcia ruinom klasztorów na tle wulkanów. Nareszcie mogłam też wejść wieczorem do baru i napić się piwa… Ups! Tym razem nie mogłam, bo w wejściu leżał człowiek – ofiara happy hour.
– Cóż, piwo poczeka, kiedy tu leży człowiek – odezwało się we mnie poczucie odpowiedzialności. Na szczęście długo sama nie stałam. Po chwili podeszło do mnie jego dwóch kumpli z Quetzaltecą w dłoniach. Quetzalteca to jeden z nielicznych typowo gwatemalskich trunków – smaczny, mocny i zdradliwy.
– Ups… już padł?
– Padł.
– To w takim razie ty się z nami napijesz!
I tak poznałam lewicowego filozofa, prawicowego historyka i rozłożonego na łopatki archeologa. Archeolog, kiedy już się pozbierał następnego dnia, zdradził mi, że jedzie ratować kamienne stelle w Quirigua.
– Jedziesz ze mną? Mamy samochód.
– A nocleg?
– Też mamy – będziemy spać w pokojach dla archeologów.
Quirigua
Następnego wieczoru jechałam już do Quirigua – majańskiego miasta, które słynie ze wysokiej klasy steli. Na miejsce dotarliśmy tuż przed północą.
– Idziemy zwiedzać! – mówi mój znajomy. Zabraliśmy 2 latarki na cztery osoby i poszliśmy w ruiny otoczone lasem deszczowym. Czarną noc rozpraszaliśmy strugą światła, którą raz omywaliśmy stele innym razem drogę. Archeolog podświetlał hieroglify i czytał znak po znaku i w milczeniu szliśmy za blaskiem księżyca.
– Słyszycie? – archeolog
– Nie.
– No właśnie. Dżungla zamilkła.
– I co z tego?
– A to, że przechodzi wielki zwierz. Włączajcie wszystkie latarki i głośno mówcie, bo duże zwierzęta zazwyczaj unikają ludzi.
W ten sposób dowiedziałam się, że dżungla mówi, krzyczy i milczy.
Panajachel
Miasto ani ładne, ani specjalnie malownicze. Ot zwykły kurort gwatemalski nad wodą, w której mają odwagę się kąpać jedynie Gwatemalczycy.
– Od lat 60 ściągali tu Gwatemalscy hipisi – tłumaczy mi Pablo, poeta i piosenkarz.
Pablo muzyką zajmuje się bez przekonania, ale jego kumple robią prawdziwe kariery. Odwiedziliśmy Giovanniego z Bohemia Suburbana. Właśnie świętował nominację MTV na najlepszą grupę latynoską. Dlaczego nie było z nim kumpli z zespołu? Bo wszyscy już dawno wyemigrowali do stanów. Giovanni też spędza tam sporą część roku. Ale lubi od czasu do czasu pooddychać atmosferą Panajachel.
Był z nami jeszcze ktoś. Rene – Indianin Kaqchiquel do niedawna przede wszystkim malował obrazy i murale. Niedawno poczuł w sobie powołanie do hip hopa. Śpiewa w maya i nagrywa pierwszą płytę. Występuje w majańskich rozgłośniach radiowych, koncertuje… Ale to jest temat na kolejną opowieść, która opiszę po powrocie z najbliższej podróży do Gwatemali. Wyruszam już w styczniu!
Chcecie poznać ten świat? Chcecie dotknąć prawdziwego życia Gwatemalczyków? Zapraszam na moją autorską wyprawę z Om Tramping Klub. Tu znajdziesz jej opis: http://omtramping.pl/wyprawa/gwatemala-guatemaya-w-swiecie-wspolczesnych-majow/ Zapraszam!

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.