kuchnia

Kasushi, czyli sushi z kaszy

Bardzo lubię gotować, o ile nikt nie ogranicza mnie przepisami. Gotowanie ma w sobie coś […]

Kasushi, czyli sushi z kaszy

kuchnia | |

Bardzo lubię gotować, o ile nikt nie ogranicza mnie przepisami.

Gotowanie ma w sobie coś z podróży. W podróży bowiem poznaję nowych ludzi i miejsca, w zaś kuchni odkrywam nowe smaki. Gotowanie sprawia mi radość, jeśli tak jak w podroży mam wolność wyboru i doboru. Gdzie nikt mi nie nakaże podążać według utartych przepisów lecz zostawia mi wolną rękę na eksperymentowanie. Wtedy nawet zupa może stać się prawdziwą przygodą. Choć czasem też i wyzwaniem…
Pomysły jednak same z siebie nie przychodzą. One komponują się z obrazów i wspomnień, które zebrałam podczas moich podróży. Tak było z sushi z kaszy, które zrobiłam w programie Ugotowani na TVN.
Zatem na początku było wzorowe, zgodne ze wszystkimi prawidłami sushi, które jadłam w warszawskich restauracjach. Na początku bardziej niż na smaku skupiałam się na utrzymaniu pałeczek. W tej dziedzinie do dziś wirtuozerii nie osiągnęłam, choć w trybie maksymalnego skupienia potrafię już przetransportować kawałki sushi z talerza do spodeczka z sosem i dalej przekazać je w przewód pokarmowy. Teoretyczne na tym etapie wtajemniczenia powinnam się już rozkoszować smakiem poszczególnych maki, a tu nic. Zrozumiałam, że nawet w tej najszlachetniejszej postaci ryż absolutnie mi nie leży!
Kolejny krok w kierunku kashusi uczyniłam w Gwatemali. Świeżo po przyjeździe obmyślam, gdzie by tu zjeść pierwszy obiad na mieście i mechanicznie kieruje się w stronę bazaru. Od zawsze wiedziałam, że przecież to na bazarze sprzedają najtańsze jedzenie. Więc jadłam zupę pepian przy brudnych stołach przy akompaniamencie much, które tylko szykowały skrzydełka, by uskutecznić desant na mój talerz. I tak przez kilka dni, aż pewnego wieczorku, kiedy właśnie wysuszyliśmy lodówkę w hostelu, ktoś rzuca hasło.
– To może byśmy wyszli na miasto?
Ktoś inny dorzuca:
– To może byśmy też coś zjedli?
Już mam odpowiedzieć, że przecież bazar dawno już zamknęli, kiedy znowu ktoś się odzywa:
– Chodźmy na sushi!
O zgrozo! Wszyscy podłapali pomysł i już szykują się do wyjścia. Przecież nie będę sama siedziała! Już widzę w portfelu czarną dziurę budżetową, ale ubieram się i idę na miasto.
W Antigua Guatemala znalezienie baru sushi zajmuje mniej więcej tyle co znalezienie noclegu, czyli kilka minut. Wchodzimy zatem do pierwszego lepszego baru. Otwieramy menu, a w nim… ceny niższe niż na bazarze! Ale na tym nie koniec osobliwości. Oprócz klasyków, widzę takie pozycje jak Mayan Maki, Quetzalcoatl sushi czy Aztec maki, prawdopodobnie prosto ze stołu Moctezumy. A jakby zamiast awokado i chili dodać śledzia?
Kiedy zgłosili się do mnie ludzie z programu Ugotowani, od razu wiedziałam, co zaproponuję do menu. Zatwierdzili. Kilka dni przed programem z moim mężczyzną trenowałam rolowanie sushi. Rolowałam, rolowałam pod jego czujnym okiem. Zrobiliśmy tego dwa półmiski i z czym to teraz zjeść? Prawda, nie miałam jeszcze wymyślonego sosu. Skoro sushi jest spoza schematu, to sos tez nie może być typowy.
– Wiem, że musi być zrobiony na bazie soku z cytryny.
Wycisnęłam sok, zmieszałam z colą i chili, dodałam oliwy z awokado, zamieszałam łyzką…
– Ale piękna warstwa oliwy zrobiła się na powierzchni – mówi mężczyzna. – a gdyby to zblendować?
To był strzał w dziesiątkę. Mężczyzna próbuje.
– Posłodziłbym…
No tak, ma chłopak rację. Ten roztwór jest kwaśny jak sok z cytryny z solą i olejem, ale mam go potraktować zwykłym cukrem?!
Wtedy przypomniałam sobie o miodzie zebranym od dzikich pszczół mieszkających na plantacji kawy na Bali. Tak, ten smak przypominający tofi doskonale zgra się z tym, co pływa w szklance. I tak powstał żółty sos. Potem już idąc tym tropem wymyśliliśmy sos pomarańczowy.
W kuchni lubię siedzieć, o ile nikt mi nie mówi co mogę łączyć z czym. W koncu samo pojęcie „pasuje” to rzecz względna od długości i szerokości geograficznej. W Polsce nikt nie zje zielonego mango z solą i chili, a Gwatemalczycy bez jednego grymasu na twarzy jedzą ten słono kwaśny przysmak. Meksykanie z wielką podejrzliwością patrzyli na mnie, kiedy mieszałam awokado z mango, a sami bez mrugnięcia okiem jedli chipsy ziemniaczane zalane sokiem z limonki i chili!
Dlaczego więc, skoro nie lubię ryżu mam nie robić sushi z kaszy? Jeśli jednak purysta mi powie, że sushi z kaszą to nie sushi. Odpowiem:
– To kashusi! Zadowolny?:)
Przepis na kasushi
1/2 kg kasza mazurska
1 paczka sushi nori
Do środka
zestaw I
ogórki, pierś z kurczaka, papryka konserwowa, ser solankowy
Zestaw II
śledź a’la Matjas, pieprz marynowany, cebula i ogórek kiszony
Zestaw III
Łosoś wędzony, ogórek, papryka, papryka jalapeno
Sos żółty
sok z jednej cytryny
miód, chili, sól, olej z awokado
Sos pomarańczowy
Sok z jednej pomarańczy
chili, cynamon, sól, oliwa z oliwek

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.