Ameryka Łacińska

Świat zmieniają niepoprawni marzyciele

Niepoprawni marzyciele mają odwagę iść pod prąd. Nie słuchają tych, którzy mówią, że czegoś się […]

Świat zmieniają niepoprawni marzyciele

Ameryka Łacińska | Gwatemala | ludzie

Niepoprawni marzyciele mają odwagę iść pod prąd. Nie słuchają tych, którzy mówią, że czegoś się nie da zrobić, tylko to robią…

Nie trzeba wywoływać rewolucji, żeby coś zmienić. Nie trzeba mieć za sobą tłumów, żeby dać komuś szansę na lepsze życie. Don Manuel urodził się na przedmieściach San Andres Itzapa w koloni Porvenir w Gwatemali. Porvenir po hiszpańsku znaczy przyszłość, a ta przed mieszkańcami kolonii malowała się w złotym kolorze piachu, który pokrywa eteryczną warstwą domy, rośliny, ubrania, twarze… Pokolenia za pokoleniami rodziły się, pracowały na roli i umierały. Ich życie od najmłodszych lat wypełnione było ciężką pracą i ewentualnie kilkomiesięcznym, lub kilkuletnim epizodem w szkole podstawowej w klasie, która składa się z 40-50 uczniów. Don Manuel również nie skończył podstawówki, ale wiedział jedno – choćby miał zarobić ręce do krwi, zdobędzie pieniądze na edukację swoich dzieci, tak by skończyły dobre podstawówki, potem szkoły średnie, a na koniec studia.
– Rodzina mówiła o mnie wariat. Po co tracisz pieniądze na kształcenie dziewczynek? Każdy przecież wie, że prędzej niż później wychodzą za mąż i będą rodzić dzieci. Don Manuelowi bowiem rodziły się same córki.
Najpierw poznałam Glorię. W kawiarni Rainbow sprzedawała koszulki z logo fundacji Nuevo Amanecer, czyli Nowy Świt.
Kilka kroków dalej Vicky przygotowywała się do zapowiedzi kolejnych numerów przedstawienia. Wokół niej ganiały dzieci w tradycyjnych strojach. Niczym zawodowe gwiazdy pozowały do zdjęć i spoglądały na don Manuela, czy ten już przygotował scenę do występu.
– Mamy pod opieką 25 dzieci – tłumaczy Gloria. – w rożnym wieku, którym pomagamy w nauce, ale musimy jakoś na te dzieci zarobić.
W tym momencie gaśnie światło. Na scenę wchodzi Vicky.
– Dzień dobry, dziękuję za przybycie. Pieniądze zebrane podczas tego przedstawienia przeznaczymy na naszych podopiecznych.
– Musimy kupić naszym dzieciakom zeszyty, książki, pomoce naukowe i jedzenie – tłumaczy mi po cichu Gloria.
Indiańskie dzieci od urodzenia mają pod górkę. Chodzą do szkoły jeśli chcą, a jeśli nie chcą? To nie chodzą. Indiańskie dzieci najczęściej nie chcą. Bo kto lubi być wytykany palcami?
– Zazwyczaj mówią słabo po hiszpańsku, albo w ogóle, więc wszyscy się z nich śmieją – Gloria mówi szeptem, by nie zagłuszać przedstawienia. – Nasze dzieciaki słabiej też rozumieją polecania nauczycieli.
Kolejną przyczyną słabych wyników w nauce jest niedożywienie. W wielu domach kolonii Porvenir na stole stawia się tortillas z solą. Na takiej diecie dzieciom brakuje mikroelementów i witamin, niezbędnych, by rosnąć i myśleć.
– Doskonale je rozumiem, bo mi też dokuczano, że chodziłam w starych ubraniach i nie miałam drugiego śniadania – wspomina Gloria. – Pamiętam, jak mnie to bolało. Ale ja miałam tatę, który ciągle powtarzał, jak ważna jest edukacja, więc tylko zaciskałam zęby. Innym dzieciakom z kolonii Porvenir nikt nie mów, że dzięki nauce ich życie może pójść do przodu. Dlatego chcemy im pokazać tę drogę. Tak jak nam pokazał nasz tata.
Don Manuel swoimi córkami może udowadniać swoje racje. Najstarsza siostra Glorii i Vicky skończyła studia, wyjechała na stypendium do Niemiec. Kiedy wysyłała zdjęcia, Don Manuel płakał. Ona była jego oczami i spełnieniem jego marzeń. Teraz ma męża, dzieci i pracę w Huehuetenango. Vicky również skończyła studia i pracuje jako nauczycielka. Gloria właśnie zdała egzaminy na wyższą uczelnię. 
Wtedy przyszła mi do głowy myśl, może by tak pojechać do San Andres Itzapa?
– Zapraszamy! – włączył się do rozmowy don Manuel.
Dom Don Manuela, niczym specjalnym się nie wyróżnia. Ot, betonowy dom w kształcie betonowego pudelka od zapałek. Jedyną różnicą jest to, że składa się z trzech izb a nie jednej doprowadzono do niego bieżącą wodę. Trzy razy w tygodniu na kilka godzin wypełnia się dziecięcym śmiechem. Umorusane z różowymi plecakami, karnie rozchodzą się do swoich przestrzeni. Młodsze mają zajęcia na parterze z Vicky. Starsze siadają przy stołach na tarasie na pierwszym pietrze i podążają za Glorią. Dziś ich śmiech jest nieco stłumiony, bo przed nimi stoi gringa, czyli ja, z wycelowanym aparatem. Początkowo chowają twarze i uciekają wzrokiem od obiektywu, ale po chwil zaczynają pozować. Tym bardziej, że umówiłam się z Don Manuelem, że wszystkie zdjęcia jakie zrobię zostawiam w San Andres do ich dyspozycji. Po kilku minutach dzieciaki osiągają zatem kolejny stopień fotograficznego oswojenia – jedne zabierają aparat, inne się tulą do mnie i pozują do pamiątkowych fotografii.
– Od dawna myślimy o warsztatach fotograficznych – rozmarza się Gloria. – Ale nie stać nas na zakup aparatów…
Gloria wie, że dopóki nie zabezpieczy podstawowych potrzeb, aparaty muszą spocząć w sferze marzeń. bezpiecznie włożyć w sferę marzeń, bo przede wszystkim musi zapewnić dzieciakom podstawowe potrzeby.
– Wyobraź sobie, że te dzieciaki mieszkają w jednoizbowych domach, bez dostępu do bieżącej wody, bez prądu. Mają czasem kilkanaścioro rodzeństwa. Rodzice nie są w stanie ich ogarnąć, nawet jeśliby chcieli. Żeby ich wykarmić pracują. Starsze dzieci też muszą pracować, bo przecież kiedy mama i tata są poza domem, ktoś musi sprzątnąć, ugotować i zająć się młodszym rodzeństwem.
– Jak dorośli…
– Dokładnie! W ich świecie nie ma miejsca na zabawki ani na zabawę. Dlatego tak chętnie tu przychodzą. Wchodząc do naszego domu mogą zapomnieć o problemach i przez kilka godzin być po prostu dziećmi.
– Przez tych kilka godzin ktoś poświecą im uwagę – dodaje Vicky. – Wyobraź sobie, że 10-14 letnie dzieci nie umieją jeść nożem i widelcem, tylko rękami, nie znają podstawowych zasad higieny. Tego wszystkiego uczą się dopiero u nas!
Przede wszystkim jednak Gloria i Vicky odrabiają z nimi lekcje, malują, by rozwinąć ich zdolności manualne i czytają, by wzbogacić słownictwo i ustalają zasady.
– Ustalenie zasad i granic, to najtrudniejsza część pracy z naszymi dziećmi. W ich domach niczego się od nich nie wymaga.
– Jak to?
– Dzieci są traktowane jak kamień u szyi. Dla rodziców są bardziej ciężarem niż radością. Jak mają budować poczucie własnej wartości, skoro rodzice mówią do nich: „ty bezużyteczny darmozjadzie”, Nie okazują im miłości, nikt z nimi nie rozmawia. Tego uczymy ich rodziców podczas warsztatów.
– Organizujecie warsztaty również dla rodziców?
– Przynajmniej dwa razy w roku. Obecność na tych warsztatach jest obowiązkowa. Nikomu na nich tak naprawdę nie zależny. Wychodzimy z założenia, że nie wystarczy pracować nad samymi dziećmi, ale musimy zmieniać również ich otoczenie.
W Fundacji Nuevo Amanecer podział obowiązków jest ściśle określony. Podczas gdy dziewczyny zajmują się dziećmi, Don Manuel szuka pieniędzy i sponsorów. To dzięki niemu udało się zarejestrować samą fundację. Dzięki jego zabiegom nigdy nie brakuje zeszytów, kredek i farb. To on skontaktował się z kawiarnią Rainbow, w której się spotkaliśmy.
– Skąd się wziął pomysł, by otworzyć fundację?
– Widzisz, Vicky urodziła się z ciężką wadą serca – Don Manuel rozpoczyna opowieść. – Jedyną nadzieją na przeżycie była operacja za 30000 quetzali, a nam ledwo na życie starczało… Nie poddałem się. Zacząłem szukać pieniędzy. Wiedziałem, że choćby spod ziemi, to je wyciągnę!
I wyciągnął. Po serii operacji Vicky odzyskała zdrowie.
– Od tamtej pory cały czas czułem, że mam dług. Dostałem od ludzi wiele dobra i życie córki. Musiałem się tym podzielić z innymi, którzy też potrzebują pomocy. Do tego wiem, że pieniądze nie są przeszkodą, szczególnie jeśli chce się choć odrobinę zmienić świat!
Don Manuel

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.