książka

Wielka mała Nieszawa

Szukacie pomysłu na weekendowy wypad? Zamiast wertować przewodniki, zajrzyjcie do książki o Nieszawie „Wysokie progi. […]

Wielka mała Nieszawa

książka | ludzie | polecam

Szukacie pomysłu na weekendowy wypad? Zamiast wertować przewodniki, zajrzyjcie do książki o Nieszawie „Wysokie progi. Opowieści z wyższych sfer”. Gwarantuję, że po przeczytaniu ostatniej strony kupicie bilet na autobus i wysiądziecie na nieszawskim rynku!

Nic tak nie łączy jak przyjaźń. To dzięki niej nawet odległe o tysiące kilometrów miasto przestaje być anonimowe, lecz jest moje, własne, osobiste. Taką przyjaźń z mieszkańcami Nieszawy, pozwala nawiązać książka Krystyny Wasilkowskiej – Frelichowskiej „Wysokie progi. Opowieści z wyższych sfer”. Autorka dzieli się historiami mieszkańców swojego rodzinnego miasta. I to nie byle jakich mieszkańców! Przez kolejne strony przewijają się barwne postaci o. Czesława Klimuszki, o. Maksymiliana Kolbego, Kornela Makuszyńskiego, Antoniego Ossendowskiego, rodziny Bacciarellich i innych – mniej znanych, choć równie barwnych postaci. Dzięki autorce, niczym przez dziurkę od klucza możemy podejrzeć ich życie w Nieszawie i przekonać się, jak kiedyś było barwne!
Skąd wziął się pomysł na napisanie tej książki?
Kilka lat temu została wydana dwutomowa monografia mojego rodzinnego miasta, czyli Nieszawy. Napisali ją naukowcy z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Najpierw bardzo mnie ucieszył sam fakt, że powstało takie opracowanie, później przyszło rozczarowanie. Bowiem już na moją wiedzę – amatora historyka – znalazła się tam duża ilość białych plam. Trochę też mnie zabolało, że o pewnych ludziach nawet nie wspomniano. Może nie byli oni solą nieszawskiej ziemi, ale coś dla miasta zrobili i za to pamiętamy ich do dzisiaj.
Takich osób i historii z nimi związanych zebrała Pani całkiem sporo. Jedna z najbardziej sensacyjnych opowieści dotyczy Antoniego Ferdynanda Ossendowskiego, który rezydował w nieszawskim domu zwanym Ossendówką. Spekulowano, że w tym domu mógł być przechowywany testament legendarnego mongolskiego chana, bądź mapka terenów ukrytego skarbu…
Tak naprawdę chodzi o testament pułkownika Romana Ungern von Sternberga, zwanego Krwawym Baronem.
Ungern podczas Rewolucji Październikowej walczył na terenach Mongolii przeciwko Armii Czerwonej. A właściwie, to marzyło mu się stworzenie mongolskiego chanatu ze sobą w roli chana.
Z lektury wiem, że przy tej okazji zagrabił skarby z mongolskich klasztorów, złoto i pieniądze z banków i przetrzebił całe miasta.
I tu pojawiła się postać Ossendowskiego. Panowie poznali się w Urdze, jak wówczas nazywało się Ułan Bator…
…i bardzo zaprzyjaźnili. Do tego stopnia, że wylewny Ungern mógł powierzyć mu tajemnicę ukrycia swojego skarbu.
Wtedy też pojawia się klątwa. Lama przepowiada śmierć Ungerna za 136 dni. Podobno obecny przy tym był Ossendowski, któremu też się „obrywa”.
No właśnie. Z dalszej części treści przepowiedni wynikało, że Ferdynand Ossendowski umrze, po tym jak dotrze do niego ktoś z rodu pułkownika Ungerna.
Przepowiednia się spełniła?
Tak, wiele lat później. Podczas II wojny światowej Ossendowski ukrywał się w Milanówku, w mieszkaniu, które użyczył mu dyrektor wytworni krówek. Pewnego dnia przyszedł do niego oficer Wermachtu. Przedstawił się, że jest kuzynem barona Ungerna. Trudno jest ustalić o czym mężczyźni rozmawiali, czy był poruszany temat miejsca ukrycia skarbu. Jedno co było prawdopodobne, że przybysz został poczęstowany krówkami. Po jego wyjściu, stan zdrowia Ossendowskiego gwałtownie się pogorszył. Zachorował na coś, co przypominało krwawą dezynterię połączoną z zawałem serca i zmarł.
Ossendowski był wyjątkowo tajemniczą osobą — w jego życiorysie są luki i bardzo dużo niewiadomych. Być może dlatego, temat skarbu rozpala naszą wyobraźnię do białości. Można przypuszczać, że w nieszawskiej „Ossendówce” przechowywane były jakieś mapki, szkice dotyczące ukrytego skarbu.
…I przypuszczalnie zostały skradzione podczas włamania, o którym wspomina Pani w książce?
Na opowieść o tym wydarzeniu trafiłam pisząc rozdział o proboszczu ks. Wacławie Kneblewskim – przyjacielu Ossendowskiego. Rozmawiałam z chrześniakiem księdza i jego kuzynem Janem Kneblewskim, który jako 14 letni chłopiec był wówczas w Nieszawie i widział jak zrozpaczeni państwo Zofia i Ferdynand Ossendowscy, w nocy przyszli na plebanię i opowiadali o włamaniu i zniszczeniach. Pamiętał, jak Ossendowski określał to zajście jako rozbój na… zlecenie.
Historia rodem z kryminału! Ale są też inne historie, na przykład o niezwykłym zakonniku, parapsychologu, jasnowidzu i zielarzu o. Czesławie Klimuszce. Mieszkał w Nieszawie kilka lat, ale nie został zaakceptowany przez lokalną społeczność. Dlaczego?
Ludzie, ludzie, ludzie! Nieszawianie byli przekonani, że zakonnik wie nie tylko, kto na co choruje, ale że potrafi prześwietlić ich sumienia. O tym wszystkim mówił z ambony i to nie podobało się tym, którzy mieli coś …„swoje za uszami”.
Ale nie tylko o to chodziło…
Dała o sobie znać również wielka pruderia mieszkańców. Ojciec Klimuszko ściągnął z Warszawy bardzo zdolną i utytułowaną rzeźbiarkę i zlecił jej wystrój kaplicy św. Antoniego. Rzeźbiarka i zakonnik często spacerowali uliczkami miasteczka, po pagórkach Przypustu. Chodzili nad Wisłę, na łąki… Ludzie patrzyli ze zgorszeniem. Miałam szczęście poznać tę rzeźbiarkę.
O tym nie wspominała Pani w książce.
Nie chciałam, choć dzisiaj żałuję. Cóż…
Jak to się stało, że Halina Bajorska – Flisak wybrała Panią na modelkę?
Chodziłam wówczas do liceum. Pewnego razu podeszła do mnie na ulicy i po krótkiej rozmowie zaproponowała pozowanie do postaci anioła. Posadziła mnie na ołtarzu, obok stał stelaż z drutu przypominający postać w długiej szacie. Płachty materiału, nasączone rzadkim gipsem przenosiła na stelaż i formowała detale twarzy, szyi i włosy – odwzorowując postać. Pamiętam, że kiedyś wszedł o. Klimuszko, patrzył na mnie i powiedział: „Przyjdź jutro z mamą”. Obleciał mnie strach. Bo jak miałam powiedzieć mamie, że ten ksiądz, co krzyczy z ambony ją wzywa? Mama wraz ze mną stawiła się w klasztorze, a o. Klimuszko powiedział: „pani córka ma na pośladku brzydkiego czyraka i proszę się tym natychmiast zająć”. Ja myślałam, że moje pąsowe policzki już nigdy nie zbledną! Ale on zapisał jakąś mieszankę ziołową i dziś wiem, że jego jasnowidzenie, uratowało mnie przed większym cierpieniem i bólem.
Kolejnym zakonnikiem wspomnianym w Pani książce był o. Maksymilian Kolbe. Przyjechał do Nieszawy, aby dojść do siebie po operacji wycięcia płuca. W poświęconym mu rozdziale pojawia się też Pani mama…
Był rok 1921 rok. Nieszawianie byli zachwyceni przebywającym w klasztorze o. Kolbe i postanowili uzdrowić zakonnika pokrzywą. Wyznaczono dyżury, kto, kiedy będzie zbierać zioło, aby wyciskać sok. Harcerki, w tym również moja mama, włączyły się w tę akcję. Gospodyni wyciskała sok na ozdrowieńczy eliksir dla o. Kolbe. Wspomnienia mamy posłużyły mi do budowania opowiadania. Zwłaszcza, że o. Kolbe dzięki tej miksturze wyzdrowiał.
Kolejna rodzina. Tym razem potomkowie nadwornego malarza Stanisława Augusta Poniatowskiego. Mowa o rodzinie Bacciarellich, którzy mieszkali w niezwykłym dworku w Wagańcu, nieopodal Nieszawy.
Pamiętam ten dworek. Byłam nim urzeczona.
Niestety nic z niego nie zostało, poza ludzką pamięcią…
Nawiązałam kontakt z wnukami waganieckiego Bogusława Bacciarellego, również odszukałam ludzi, którzy świetnie pamiętają właścicieli dworu. Zebrałam wtedy mnóstwo wypowiedzi od ludzi, którzy choć nie mieli na co dzień wstępu do samego dworu, to pracowali w majątku, mieszkali w czworakach na terenie wokół dworu.
Przy okazji tego rozdziału opowiada Pani o przyjęciach, smakołykach. Pojawiły się też odręczne szkice ich gosposi Alfredy Słomińskiej – , obrazujące jak należy układać poszczególne potrawy na stole.
Uważam, że nie można mówić o ludziach, jeśli się nie mówi o stole. Wszystkie rozmowy — te przykre i te wesołe dzieją się przy stole. Przy stole zbieramy się podczas świąt. Dla mnie stół i jego otoczenie, to najświętsze miejsce. Proszę sobie wyobrazić – rozmawiałam kiedyś z pewnym wnuczkiem, który już nie pamiętał swojej babci, ale pamiętał drożdżówki, które wypiekała. Tak zapamiętujemy ludzi – czasem nie pamiętamy koloru włosów, lecz wspominamy smaki i zapachy, które ich otaczały.
Ale dawnym smakom i zapachom poświeciła pani poprzednią książkę – „Smak świeżych malin”.
Smaki to pretekst. Najważniejsi jednak byli bohaterowie tej publikacji. I od razu po jej wydaniu poczułam niedosyt. Bo o kimś, nie wspomniałam, czegoś nie opisałam…
I wtedy zaczęła Pani pracę nad kolejną książką – „Wysokie progi”. Ile czasu zajęło zbieranie materiałów?
Każda książka kosztuje mnie dwa lata pracy. Początek prac, wiąże z wizytami w różnych archiwach. Tak się szczęśliwie składa, że w warszawskim Archiwum Głównym Akt Dawnych zachowało się sporo dokumentów dotyczących Nieszawy. Następnie nawiązuję kontakty telefoniczne. Kiedyś przede wszystkim korzystano z telefonów stacjonarnych, funkcjonowały książki telefoniczne. Jeśli zatem szukałam jakiegoś Kowalskiego z Poznania, to otwierałam książkę telefoniczną i po kolei obdzwaniałam wszystkich. Zawsze w końcu trafiłam na tego właściwego. Dziś jest trudniej. Następnie wywiady. Jeśli kogoś kiedyś znałam, a już umarł, to docierałam do jego potomnych. Czasem ktoś z sąsiedztwa miał coś ciekawego do powiedzenia. Wielką pomocą były wszystkie rozmowy z moją mamą, która choć urodzona w Warszawie, od dziecka mieszkała i wychowywała się w Nieszawie. Niestety, wykruszają się moi rozmówcy. Pokolenie, które mogłoby dać świadectwo tamtych lat już wymiera.
Nie wystarczy mieszkać w Nieszawie, żeby wiedzieć, jakich historii i jakich ludzi szukać…
Urodziłam się w Nieszawie, przez wiele lat byłam dyrektorem Ośrodka Kultury. Zatem znałam ludzi. Podparta wiedzą od mojej mamy, a mama opowieściami babci wiedziałam, kogo i o co pytać. Jednocześnie wiem, że wiele tematów nie można jeszcze poruszać. Często od moich rozmówców słyszałam: „Proszę pani, proszę zanotować, ale publikować po mojej śmierci”. Napotykam czasem na tematy, które jeszcze są tabu…
Czyli jest Pani również powiernicą tajemnic?
Można tak to nazwać.
Zastanawiam się, czy to nie jest temat na kolejną książkę…
Ależ ta książka jest już napisana! Tym razem to powieść pt. „Ostatni pokój. Historia tajemniczego pamiętnika”. Książka ukaże się nakładem wydawnictwa Skarpa Warszawska i będzie miała swoją premierę już w maju z czego bardzo się cieszę.
O czym jest ta książka?
„Ostatni pokój” to saga rodzinna i powieść szkatułkowa w jednym. Akcja rozpoczyna się w 1990 roku, ale zabiorę też czytelników w podróż w czasie do XIX wieku. Główna bohaterka to Ewa. Ma 45 lat, mieszka w małym miasteczku nad Wisłą i jest dyrektorką miejscowego domu kultury. Ewa jest wdową, wychowuje nastoletnią Kamę i mieszka pod jednym dachem z sędziwymi rodzicami. Jej życie toczy się wokół codziennych trosk, rodziny i pracy, którą bardzo lubi.
Ale któregoś dnia jej uporządkowany świat staje na głowie: najpierw dostaje tajemniczą przesyłkę z zaświatów — która okazuje się cenną pamiątką po jej babce Florentynie, potem na horyzoncie pojawia się Rafał — jej pierwsza wielka miłość. Jej radość szybko zostaje zmącona, bo Ewa traci swoją ukochaną pracę i zasila szeregi bezrobotnych. Jest zrozpaczona i czuje się bezradna. I coraz częściej zamyka się w „ostatnim pokoju” — domowej rupieciarni, gdzie przeszukuje różne stare kufry, pudełka i dokumenty, aż w końcu natrafia na trop wielkiej rodzinnej tajemnicy.
LINK:
Ksiażki p. Krystyny Wasilkowskiej-Frelichowskiej.
Krystyna wasilkowska-Frelichowska

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.