bambusowy rower

Jedziemy do Omanu!

Samo planowanie podróży jest już podróżą. Długo jeździliśmy palcem po mapie, zanim ostatecznie kupiliśmy bilet […]

Jedziemy do Omanu!

bambusowy rower | Bliski Wschód | Oman

Samo planowanie podróży jest już podróżą. Długo jeździliśmy palcem po mapie, zanim ostatecznie kupiliśmy bilet do Omanu.

Iran

Wszystko zaczęło się od Iranu. Selim bardzo chciał wyruszyć tam w podroż rowerową. Ja mniej, bo już byłam i nie lubię się powtarzać. Może za wyjątkiem Libanu, Gruzji i Gwatemali… no tak, jest kilka miejsc, które powtórzyłam. To może przeżyję i Iran? Pomyślałam, że faktycznie – nie widziałam bagien na samym południu. Pomysł bardzo mi się spodobał, tym bardziej, że tamte tereny zamieszkują Arabowie, a Selim mówi po arabsku. I tak pewnego razu kupiłam mu mapę Iranu z zakreślonym zielonym markerem Khuzestanem.
Selim od razu rozłożył ją na podłodze, przepędził koty, które od razu rozłożyły się mniej więcej na wysokości Teheranu.
– Popatrz, stąd jest bardzo blisko do Kuwejtu! – a Selim urodził się w Kuwejcie, tam spędził pierwsze 17 lat życia, potem przyjechał do Polski i nigdy tam już nie wrócił. Choć teraz…
– Grzechem by było tam nie zajrzeć, prawda?
– Pewnie, skoro będziemy tak blisko.
– Pokażę ci miejsca, w których się wychowałem – mówiąc to Selim odpalił google earth i zaczął planować trasę spaceru po mieście.
Odczekałam chwilę, by sprowadzić go na ziemię.
– Kochanie, ale pomiędzy Iranem a Kuwejtem jest Irak…
Od razu zmierzyliśmy wąski pasek pustyni wcinający się między nasze docelowe państwa. Ten odcinek roponośnego piasku liczy sobie około 100 km szerokości. Ropa stanowi naszą nadzieję. Bo wiadomo, gdzie jest ropa, tam są pieniądze, gdzie są pieniądze, tam nikt specjalnie nie pozwala sobie na wojnę. Szczególnie, że za tę ropę, trzeba uzbroić armię walczącą na północy w okolicach Mosulu. Jest światełko w tunelu.

Irak

Kilka dni później na jakiejś imprezie wpadamy na Wassima. Wassim jest dziennikarzem wojennym, który regularnie jeździ na Bliski Wschód. Stąd zna wszystkie bliskowschodnie ambasady.
– Zorganizuję wam spotkanie z Amasadorem. Opowiecie o swojej wyprawie i na pewno nie tylko da wam wizę, ale i wam pomoże.
– Tylko, czy tam jest wystarczająco spokojnie, by jeździć na rowerze?
– Tak, na południu jest już zupełnie spokojnie. Ludzie są przemili. Zobaczycie!
Jak Wassim powiedział, tak się stało. Kilka dni później dostajemy zaproszenie. Do takiego spotkania trzeba się przygotować. Otwieramy mapę Iraku i sami nie wiemy jak, myszka płynnie uniosła się do Erbilu. Zbliżamy podgląd. Powoli zaczyna wyłaniać się chaotyczna siatka ulic wpisana w coś okrągłego jakby…
– …twierdza? – w tym momencie Selim zaczyna szukać zdjęć Erbilu. Tak, to jest twierdza i to z fundamentami tkwiącymi w neolicie!
– Musimy tam pojechać – Selim nie ma wątpliwości i w tym momencie powstaje plan. Zaczynamy w Erbilu, i zjeżdżamy przez Bagdad w kierunku na Basrę, a stamtąd do Kuweitu.
– A co z Iranem?
– Innym razem. To dla mnie będzie podróż sentymentalna. Selim znał już bowiem część tej trasy. To było w początkach lat 80-tych. Z ojcem i bratem wyjechał wtedy na wakacje. Jechali wzdłuż granicy iracko-irańskiej, która wtedy płonęła.
– Pamiętam, las czołgów i ten smród rozkładających się ciał…
– Nie minęło 20 lat i przez ten sam teren przetoczyła się druga wojna.
– Na szczęście już jest tam spokojnie.
– Zobaczymy…
I tak następnego dnia idziemy na spotkanie do ambasady. Wchodzimy głównym wejściem, siadamy w salonie otoczeni kopiami dzieł sztuki ze starożytnej Assyrii i Babilonu. Dostajemy kawę, wymieniam się kontaktami. Ambasador robi sobie z nami zdjęcia i zapewnia, że jeśli dojedziemy do Nadżafu, będziemy gośćmi w jego domu. Tylko…
– Radzę wam ruszyć zaraz po asurze, bo wtedy do Karbali ściąga tysiące pielgrzymów, którym wojsko zapewnia ochronę. To i wy się załapiecie. Poza tym wszędzie będą was częstować jedzeniem, więc zaoszczędzicie. Mam jeszcze jedną sugestię. Zacznijcie z Kuwejtu. Tam rozpakujcie rowery, ogarniecie się i ruszycie.
Wieczorem jeszcze raz, tym razem dokładniej, przyjrzeliśmy się całej trasie.
– Nie za długa?
Selim przekalkował odległość z Kuwejtu do Basry.
– 288 km.
– Czyli 3 dni ostrej jazdy po pustyni.
– A czasu mamy trzy tygodnie. To co robimy?
– Musimy zrezygnować z Kuwejtu.
– Jesteś pewien?
– Tak.
Następnego dnia w podaniu o wizę wypisaliśmy szlak – Basra, Bagdad, Irbil. Start – 5 października.

Plan B

Procedura oczekiwania na wizę iracką trwa około miesiąca. Tymczasem mija już 5 tydzień i nic. Ambasada milczy, wszyscy milczą, nam czas ucieka. Co robić? Kupić bilety bez wizy w paszporcie? Nawet Wassim, który jest przekonany, że wizę otrzymamy przecząco kręci głową. Mijają kolejne tygodnie…
– Po co się pchacie w takie niebezpieczne kraje! – Karolina Krzywicka w sprawach Bliskiego Wschodu ma bardzo dobre rozeznanie. A jeszcze lepsze w biżuterii i architekturze – w końcu pracuje w Muzeum Azji i Pacyfiku.
– Dlaczego nie pojedziecie tam, gdzie jest spokojnie i ładnie?
– Czyli gdzie? – i byłam pewna, że a chwilę usłyszę „Maroko”, a usłyszałam „Oman”.
Sprawdziłam zdjęcia. Piękne. Może ma rację? Tylko nie wiemy, jak daleko zaszły sprawy z wizą i jeśli ją otrzymamy, nie będziemy mogli się już wykręcić…
Tak minął kolejny tydzień. Dowiadujemy się, że Irak dał zielone światło. Zatem czekamy. Mija poniedziałek – czekamy… Mija wtorek, a my dalej czekamy… W środę sprawdzam temperatury w Omanie na listopad. Ciągle istnieje szansa na 30 st. C. Dzwonię do Selima.
– Jutro idziemy do ambasady i zapytamy się o co chodzi.
– A co jeśli nie dostaniemy wizy?
– To jedziemy do Omanu.
W czwartek jesteśmy w ambasadzie. Tym razem nikt nas nie zna, wchodzimy drogą dla petentów, swoje czekamy w poczekalni. W duchu modlę się, by wizy nie było, bo opcja omańska coraz bardziej mi się podoba. Selimowi również. W końcu podchodzimy do okienka.
– Czekamy na decyzję z Iraku – mówi pracownik działu Konsularnego. Jeszcze dwa miesiące wcześniej ściskał nasze dłonie, dziś jest niezwykle zdumiony, że chcielibyśmy pojechać na rowerze. – Prawdopodobnie nasza centrala w Iraku zwleka z przyznaniem wizy ze względu na sytuację w Kurdystanie.
– Przecież możemy skrócić trasę do Bagdadu, gdzie jest bezpiecznie…
Wychodzimy. W piątek mamy już kupiony bilet do Dubaju, a powrotny z Maskatu w Omanie.

Bambusowe rowery

Podczas całej tej podróży palcem po mapie przez Bliski Wschód jedno było pewne. Jedziemy z bambusowymi rowerami. Dwoma. Selim bowiem postanowił zbudować swoją bambusową rakietę. W sierpniu zwróciliśmy się o pomoc do Jarka Baranowskiego z Carbon Project – handbikes. Jarek tworzy handbike’i z carbonu dla zwycięzców paraolimpiad i nie tylko. To właśnie on zaprojektował mój rower i nadzorował jego budowę. Znowu Jarek i jego żona Iza przyjęli nas z otwartymi ramionami. Użyczyli Selimowi miejsca w swoim warsztacie, podzielili się carbonem, żywicami i wszystkim, co było niezbędne do pracy. Gdyby nie poświęcenie Jarka, jego wiedza i doświadczenie oraz życzliwe spojrzenie Izy, rama bambusowa nigdy by nie powstała.

Nie ma słów, które oddadzą naszą wdzięczność dla Was. Bardzo, bardzo, bardzo Wam dziękujemy!

     

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.