bambusowy rower

Oman znaczy niezła jazda!

  Jazda na rowerze po Omanie to pasmo nieprzewidywalnych niespodzianek… Oman jest tradycyjny. Tradycyjne są stroje […]

Oman znaczy niezła jazda!

bambusowy rower | Bliski Wschód | Oman

 

Jazda na rowerze po Omanie to pasmo nieprzewidywalnych niespodzianek…

Oman jest tradycyjny. Tradycyjne są stroje Omańczyków. Tradycyjne są stroje pracujących tu Indusów i Pakistańczyków. Tradycyjna jest też gościnność. Do tego obrazka wprowadzamy element zamętu w postaci absolutnie nie tradycyjnych rowerów bambusowych.

Poranek

Słońce budzi nas w Sohar. Selim otwiera oczy i już wie – noc spędzimy w odległym o 130 km Yanqul. Wierzy w to, kiedy otwiera oczy o godzinie 7 rano. Kiedy o godzinie 8 rano wystawiamy gotowe do drogi rowery na ulicę nie przerażają go wyliczenia googla, że przejazd tej trasy zajmie nam 13 godzin.
– Jeśli ruszymy o 8.00 damy radę – mówi dosiadając roweru.
– Albo zatrzymamy się gdzieś po drodze,
– Plan jest taki, że dojedziemy.
– Gdzieś na pewno dojedziemy – przytakuję.
W tym momencie wszystko idzie zgodnie z planem. Godzina 8.00 – mkniemy na rowerach w stronę kantoru, żeby wymienić pieniądze. Kantor miał być blisko i pewnie był, ale jakoś go przeoczyliśmy. Zatem o godzinie 8.15 Selim pyta się o drogę sprzedawcę ze sklepu z przyprawami. I tu pojawiają się pierwsze schody. Sprzedawca jest Irańczykiem, a od Irańczyka szybko się nie wyjdzie! Zatem pijemy herbatę, rozmawiamy o przyprawach i tak wybija godzina 10.00. W tym momencie słońce już nie ma litości. Podczas jazdy przez pustynię, pot się z nas leje strugami. Wypijamy cały zapas wody i zaczynamy się martwić, co dalej, skoro w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma żadnej wioski. Wtedy naszym oczom ukazuje się… Nie fata morgana lecz beczka z wodą.

Woda

Okazuje się, że z wodą nie ma większego problemu. Przy drogach stoją beczki, albo dystrybutory z zimną wodą. Również w miastach porozstawiane są dystrybutory, czasem stoją na nich blaszane kubki.

Jedzenie

Ledwo ugaszamy pragnienie, na scenę wchodzi głód. Głód na rowerze to nie jest uczucie jedynie nienasycenia. To stan, w którym brak siły, by wycisnąć kolejne metry. A my do przejechania mamy 12 kilometrów – tak przynajmniej Selim dedukuje z mapy.
– Widzę miejscowość, w której stoi meczet, a obok supermarket.
– To już metropolia!
– A jak metropolia, to na pewno będzie i kebab!
Selim ma całkowitą rację. Wszystko jest – i supermarket, i kebab, i piekarnia. Tylko że… zamknięte.
– Zapytaj może jakiegoś miejscowego, czy gdzieś coś jest jednak otwarte.
Selim po arabsku mówi jak po polsku, albo i lepiej, więc jestem pewna, że z kimś dogada. Tylko z kim, skoro na ulicy nie ma żywego ducha…
Na szczęście, gdzieś na horyzoncie pojawia się postać w białej szacie. Podjeżdżamy.
– Czy jest tu jakaś restauracja? – Selim pyta po arabsku.
– Come – mężczyzna odpowiada po angielsku i daje znak ręką, byśmy szli za nim. Za chwilę wprowadza nas do swojego domu. Siadamy na macie pod zadaszeniem. Jego bracia i kuzyni znoszą półmiski z jedzeniem. Wszystko dla nas, bo oni już jedli. Stopniowo schodzą się sąsiedzi, później wita nas szejk całego okręgu. Wszyscy ubrani są w białe szaty, a na głowach mają zawiązane chusty. Po chwili tracę orientację w tym białym tłumie kto jest kim i z kim już się witałam, a z kim nie. Ale najważniejsze, że Selim wie. Bo to z nim rozmawiają mężczyźni. Mnie obskakują dzieci. Za chwilę ktoś prowadzi mnie za ścianę a tam… Kobiety. Obskakują mnie, robią sobie ze mną selfi, ale kiedy wyciągam aparat, mężczyzna mówi stanowcze „nie”. Zatem kobiet się tu nie fotografuje. Choć one, a i owszem, z wielkim upodobaniem fotografują mnie:)
Rozmowa rozkręciła się na dobre. Na prawdę chętnie byśmy zostali, ale droga wzywa. Przed nami dużo kilometrów – myślę ja, Selim zaś zakłada, że jeszcze więcej, bo siedemdziesiąt.
Kiedy robimy sobie pożegnalne zdjęcia, ktoś mówi:
– Wiecie, że 15 lat temu przybyło do nas dwoje rowerzystów z Włoch. Oni też postawili rowery w tym samym miejscu co wy.

Kinafe

Taką nazwę nosi przysmak Selima z dzieciństwa. Za tym smakiem tęsknił przez wszystkie lata spędzone w Polsce.
– To takie ciastko z topionego sera, posypanego wiórkami ze specjalnego ciasta i polane syropem.
– Na słodko?!
– Bardzo na słodko. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jakie to smaczne!
Im bliżej wyjazdu, tym częściej Selim opowiadał o tej delicji z dzieciństwa. Kiedy tylko tu przyjechaliśmy, wyłapywał tę nazwę pod szyldami wszystkich mijanych cukierni. Niestety najczęściej nieczynnych. Dziś znowu pojawia się na horyzoncie światełko nadziei. W cukierni na stacji benzynowej Selim znowu wypatrzył kinafe. Nareszcie! Teraz nie będzie pudła. Stacja otwarta, barek też, napis kinafe jak wół napisany na wrotach. Selim już mknie, ja za nim, bo też drąży mnie ciekawość, jaką smaczną tajemnicę kryje w sobie topiony ser z cukrem. Zatem parkujemy rowery, z biegu robię zdjęcie wielbłądowi na pickupie i wchodzimy.
– Poproszę kinafe – mówi Selim.
– Nie ma – uprzejmie odpowiada sprzedawca.
Selim usiadł. Ale się nie załamał, bo mimo wszystko Oman pokochał od pierwszego wrażenia i twardo się tego trzyma. Włączył internet, otworzył instagrama i opublikował zdjęcie z hashtagiem #oman. Już mieliśmy ruszać w dalszą drogę, gdy z podjeżdżającego samochodu wychyla się mężczyzna i pokazuje swoją komórkę a na niej świeżo opublikowane zdjęcie Selima.
– Czy to ty?
– Tak.
– Właśnie cię wyłapałem.
Tak rozpoczęła się piękna wirtualna przyjaźń, regularnie podsycana lajkami na Instagramie.

Nocleg

Do Omanu nie przyjeżdża tylu turystów, by budować dla nich hotele. Zatem praktycznie ich nie ma na naszej trasie. Wiemy, że coś jest w Yanqul, dlatego pedałujemy co sił w nogach. Jednak z godziny na godzinę nogi stają się słabsze, podjazdy coraz wyższe, natomiast słońce nieubłaganie zbliża się do horyzontu. Noc zastaje nas 40 km od Yanqul, gdzie na pewno jest jakiś hotel i 12 km od najbliższego supermarketu.
– Gdzie jest supermarket, tam musi być jakiś bar – głośno myślę.
– A może i hotel… – równie głośno myśli Selim.
Jak tylko dojeżdżamy, zatrzymuje nas mężczyzna w białym samochodzie. Widział nas po drodze.
– Szukacie noclegu?
– Tak.
– Tu jest wioska, nic nie znajdziecie, ale jedźcie do Yanul, tam są hotele.
Tylko jak tu jechać czarną nocą, kiedy kompletnie opadliśmy z sił?
– Zjemy, odpoczniemy to i dojedziemy – Selim ciągle wierzy, że uda nam się dojechać do hotelu w Yanqul.
– Zobaczymy…
Zamówiliśmy jedzenie, wypiliśmy kawę, i już mieliśmy się zbierać, kiedy podszedł do nas Said.
– Dokąd jedziecie?
– Do Yanqul, bo tam podobno jest hotel.
– Po co? Zostańcie u mnie.
Said oddał nam pokój gościnny, przyniósł jedzenie, przedstawił dzieci, ale żony nie poznaliśmy.
Rankiem, po śniadaniu ruszyliśmy w dalszą drogę. Po drodze ktoś zaprosił nas na kawę, ktoś się z nami sfotografował, a w samym Yanqul… Nie było żadnego hotelu, więc pojechaliśmy do Ibri.

Podobne

O mnie

Przede wszystkim jestem włóczykijem, następnie dziennikarką i antropologiem kultury. Założyłam tego bloga, by dzielić się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, bo to spotkania z nimi napełniają mój plecak bagażem wspomnień. Poprzez te historie próbuję zrozumieć i opisać nasz Piękny Świat.