Lubomierz – Indiana Jones z opuszczonego klasztoru

W plenerach Lubomierza powstało wiele innych filmów. Aż dziw bierze, że nie powstała tu żadna […]

Lubomierz – Indiana Jones z opuszczonego klasztoru

| |

Klasztor w Lubomierzu

W plenerach Lubomierza powstało wiele innych filmów. Aż dziw bierze, że nie powstała tu żadna część filmu o przygodach Indiana Jonesa!

Lubię klimat starych kin. W ich drewnianych fotelach zupełnie inaczej odbieram czarno-biały świat dawnych filmów. Zatem zasiadłam, bardziej klimatycznie niż wygodnie, w salce filmowej Raj w muzeum Samych Swoich w Lubomierzu i oglądam fragmenty komedii nakręcone w lubomierskich plenerach. Pierwsza scena – Pawlaki jadą główną ulicą Lubomierza do nowego domu. Kolejna: w podcieniach Lubomierskiego rynku Witia szuka kota. Za chwilę namierzam to miejsce, zamykam oczy i słyszę tamten gwar. Jednak upalne letnie popołudnie panuje tu cisza jak makiem zasiał.
Mieszkańcy Lubomierza skryli się przed skwarem w swoich domach, jedynie my – z turystycznego poczucia obowiązku snujemy się w pełnym słońcu i szukamy filmowych kadrów. Nie jest trudno, bo nakręcono tu wiele filmów. Idąc w gorę miasteczka w kierunku kościoła wchodzimy w kolejny filmowy świat – tym razem Twierdzy szyfrów. W sumie powstało tu kilkanaście filmów, ale ten najciekawszy wciąż czeka na swojego twórcę.
Scenariusz jest już gotowy. Na biurko rzuciło je samo życie, to znaczy historia dawnego klasztoru benedyktynek i przylegającego do niego kościoła pw. Wniebowzięcia NMP i św. Maternusa. Oto pierwsza scena: przed wejściem do kościoła staje dwójka turystów. Nazwijmy ich Dorota i Selim. Zatem podchodzą do wrót, ale zderzają się z solidną kratą. Przez kratę próbują ogarnąć wzrokiem detale ołtarza. Wydobywający się z wnętrza chłód pachnie tajemnicą. Biorą głęboki oddech. Gdyby tylko można było przeniknąć tę kratę…

Trzy bomby

Na człowieku czas zaznacza swą obecność siateczką zmarszczek. Na kościelnym murze pozostawił po sobie całe dorzecza spękań. Każde z nich niosą zapomniane historie. Nagle pojawia się na nich cień. Sunie w kierunku Doroty i Selima, podnosi dłoń na wysokość ich szyi, a w niej… Klucz.
– Chcecie zajrzeć do środka?
Chcą. Chociażby dla dobra scenariusza. Bo przecież nie skończymy opowieści zanim tak naprawdę się jeszcze nie zaczęła. Przy okazji poznajemy proboszcza tutejszej parafii – księdza dr kanonika Erwina Franciszka Jaworskiego.
Kamera niespiesznie przemieszcza się za nim do wnętrza. Wzrok sunie po barokowych rzeźbach, widzimy sklepienie pokryte malarstwem iluzjonistycznym, powoli docieramy do ołtarza.
– Kościół i klasztor w Lubomierzu miały dużo szczęścia – tłumaczy ksiądz. – Po wojnie spadły na niego trzy rosyjskie bomby. Dwie nie eksplodowały, trzecia zniszczyła część dachu wraz z malowidłem na sklepieniu. Reszta się zachowała. Zatem jeśli coś zostało zaszyfrowane w gestach świętych, wciąż można to odczytać…
Benedyktynki osiedliły się w Liebenthal, czyli dzisiejszym Lubomierzu pod koniec XIII wieku. Najpierw postawiły drewniany kościół. Nie nacieszyły się nim długo. Spłonął, ale w jego miejscu już wkrótce rośnie drugi – gotycki. I ten kościół ogień trawi w 1688 roku. Siostry postanowiły wykorzystać okazję, by gruntownie przebudować kościół według najnowszych trendów w architekturze. Zatem o gotyckiej części dobudowały barokową świątynię. Mogły sobie na to pozwolić – o ich bogactwach do dziś krążą legendy.
Wiadomo, że wiele z nich opuściło mury świątyni po drugiej wojnie Światowej. Wiadomo też, że wiele z nich najprawdopodobniej nigdy ich nie opuściło…
– Znaleźliście jakieś skarby? – pyta Selim
– Tak.

Tajemnicze skrzynie

Retrospekcja. Na kliszy w kolorach ORWO, bo to przecież początek lat dziewięćdziesiątych, krzątają się Urszulanki – kolejne „właścicielki” klasztoru w Lubomierzu za chwilę wyprowadzą się stąd na zawsze. Choć w porównaniu do Benedyktynek One też zostawiają po sobie ślad. W pomieszczeniach klasztornych założyły szkołę z pierwszą na ziemiach śląskich salą gimnastyczną.
Pakują więc swój dobytek w walizki, pudła i dwie drewniane skrzynie obite skórą. Ich wieka trzeszczą ze starości. Najpewniej wygrzebały je w klasztornych rupieciach. Z namaszczeniem wypełniają je misternie wykonanymi torebeczkami – tak benedyktynki „pakowały” swoje relikwie. Następnie po cichu, w tajemnicy przed ówczesnym proboszczem przenoszą skrzynie do skrytek.
– Jedną ukryły w kościele, a drugą na plebanii. Znaleźliśmy ją kilka lat temu.
Dorota i Selim chcą zobaczyć te skarby. Ksiądz prowadzi ich zatem do jednej z kaplic.
Pod jej ołtarzem znajduje się szklana gablota ze skarbem benedyktynek. Każda relikwia jest dokładnie opisana.
– Która z nich jest najcenniejsza?
Proboszcz wskazuje skrzynkę. Najazd na niepozorne opakowanie.
– Ponoć zawiera kości apostoła.

Święte inwestycje

Benedyktynki są zakonem klauzulowym. To znaczy, że nigdy nie opuszczają murów swojego klasztoru. Paniom na Lubomierzu nigdy to jednak nie przeszkadzało w sprawnym zarządzaniu swoimi dobrami. Ba! Ich ręce sięgały znacznie dalej poza granice ich ziem. Za sprawą kuzynów, krewnych doskonale wiedziały co się dzieje na dworach Europy. A W XVIII wieku francuskim kuzynom działo się nie najlepiej. Rewolucja Francuska wielu z nich pozbawiła głowy, plądrowano też klasztory i kościoły. Na rynku z relikwiami zaczęły pojawiać się prawdziwe „perełki” jak skrzynki z kompletem kości dwóch męczenników z przełomu II i III wieku – Victorisa i Benigniego – patrona Dijon. Tak, to miasto od musztardy.
– Podobno w Dijon przechowują jakąś drobną kostkę św. Benigniego – mówi ksiądz – Jakiś czas temu poinformowaliśmy ich, że my posiadamy cały szkielet, ale nie odezwali się…
Kości przyjeżdżają do Lubomierza w dwóch skrzyniach. Przez kolejne miesiące siostry starannie składają je w szkielet, następnie ubierają w godne szaty, a na czaszki nakładają woskowe maski. Tak wyszykowanych świętych męczenników umieszczają w szklanych sarkofagach po prawej i lewej stronie ołtarza. Od nawy głównej świętych ledwo widać, jednak w kaplicy Zesłania Ducha Świętego, po drugiej stronie ołtarza, już za klauzulą, siostry miały je praktycznie na wysokości wzroku.
– Ten sposób eksponowania relikwii często spotyka się w Hiszpanii, ale nie w Polsce! – słyszymy jeszcze komentarz księdza proboszcza. My tymczasem już wspinamy się po schodach do kolejnego pomieszczenia.

Kaplica Zesłania Ducha Świętego

Trumna przechodnia

Siostry nie żałowały pieniędzy również na ornaty. Wyszywały je złotymi nitkami i drogimi kamieniami. Kamera robi obrót i już wiemy, że weszliśmy do duchownej „garderoby”. Wzdłuż ścian wiszą wykonane przez mniszki szaty liturgiczne. Najstarsza pochodzi z XVI wieku! Kamera robi najazd na tkaninę. Misterna robota. Tutejszy ksiądz nie dość, że w godnym odzieniu sprawował liturgię, to również na niedostatki nie narzekał! Z dokumentów wiadomo, że żaden urzędnik w okolicy nie zarabiał tyle co on. Nie mógł też narzekać na zakwaterowanie. Benedyktynki zapewniały księżom nie mieszkanie lecz całą kamienicę!
– Którą ja teraz muszę utrzymać! – dodaje znajomy głos księdza.
Zwykłym ludziom również dobrze się żyło pod rządami Benedyktynek. Siostry choć surowe dla siebie, były ludzkie dla swoich poddanych. Dowód na to leży w krużgankach, nieopodal olbrzymiej tarczy zegarowej. Jest czarny, drewniany z żelaznymi okuciami.
– Czy to jest trumna?
– Tak. Trumna przechodnia.
Benedyktynki uważały bowiem, że nie godzi się odprawiać zmarłego na cmentarz w samych całunach. Wobec tego wypożyczały trumnę najbiedniejszym rodzinom. I tak każdy poddany, niezależnie od statusu społecznego, godnie wyruszał w swoją ostatnią drogę z kościoła na cmentarz. Dopiero nad samym grobem ciało wyjmowano i wkładano do grobu. A trumna wracała do klasztoru. Czy tak wyglądały również trumny benedyktynek? Kamera robi najazd na pogodne twarze świętych. Tylko oni to wiedzą, bo my…
– …nie mamy pojęcia. Zakonnice żyły tu przez 500 lat i jak dotąd nie znaleźliśmy po nich żadnego grobu!

Kosztowne rupiecie

Dużo rzeczy można zgromadzić przez 500 lat. W każdym pomieszczeniu, w każdej niszy wiszą, albo opierają się o ściany postaci świętych. Zużyte obrazy, których siła woli przetrwania podbiła ich wartość. Na jednym z portretów miejsce z głową nosi ślady ingerencji malarskiej. Czy ktoś nakleił w to miejsce nową głowę? To kolejne pytanie bez odpowiedzi. Większość płócien pokrywa czarna, nieprzenikniona patyna dziejów. Wydobycie z nich dawnego blasku kosztuje przynajmniej… tu pojawia się licznik. Cyfry biegną w szaleńczym pędzie. Liczba rośnie z dwóch tysięcy na trzy, potem na cztery, pięć, sześć… zatrzymuje się dopiero na dziesiątce. Na szczęście kilku dziełom dawny blask przywrócą studenci podczas praktyk, pozostałe czekają na swą kolej u specjalistów.
W klasztorze nic nie jest jasne. Nie znamy funkcji wielu pomieszczeń, nie wiemy dlaczego Benedyktynki otaczały czcią świętych Maternusa i Wawrzyńca – praktycznie nie znanych na Dolnym Śląsku. Każdy dzień prac konserwatorskich przynosi nowe pytania. Być może również, gdzieś jeszcze zostaną odkryte tajne schowki.
Dorota słucha historii i w pewnym momencie na usta rzuca się jej pytanie
– Ksiądz czuje się jak Sherlock Holmes?
– Nie, raczej jak Indiana Jones…

 

Informacje:

Klasztor i kościół pw. św Maternusa można zwiedzać z przewodnikiem w każdą sobotę o godzinie 10.00.

 

Klasztor w Lubomierzu
Ta głowa prawdopodobnie przez jakiś czas była podmieniona na inną
Ornaty wykonane przez benedyktynki
Zdjęcia z czasów, gdy urszulanki prowadziły swoją szkołę.
Dzieła sztuki, odnalezione w klasztorze. Prawdopodobnie sprowadziły je tu benedyktynki.
Pomieszczenie, w którym Benedyktynki szukały samotności
Ornaty
Dzieło, które pozostało po organizowanych w klasztorze warsztatach malarskich
W klasztornych salach panuje niezwykła atmosfera, która pobudza do tworzenia…
Tu dokonuje się drobnych konserwacji
Krużganki. Połowa należy do kościoła, druga do szkoły.
jeden z klasztornych korytarzy
Jedno z nielicznych przedstawień św. Maternusa na Dolnym Śląsku.
W kaplicy klauzulowej Benedyktynek
Księgi, które pozostawiły po sobie mniszki
Przed tym obrazem modlił się św. Jan Paweł II, kiedy jeszcze jako ksiądz przejeżdżał tędy z młodzieżą podczas obozu wędrownego.

 

Drzwi ze wzorem pieczęci w klasztorze w Lubomierzu
Oto sposób na zgubienie pieczęci klasztornej. jej wzór wykonano na drzwiach. W każdej chwili można go odtworzyć!
Policz Apostołów i spróbuj odpowiedzieć dlaczego jest ich aż tylu!

Udostępnij

Podobne

Spodobał Ci się wpis?
Polub nas na Facebooku i pozostańmy w kontakcie:)

Dorota Chojnowska i Selim Saffarini na Warmii

O nas

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to nasze o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!