podróże

Górowo Iławeckie – miasto Konrada Wallenroda

Duże miasta straszą zgiełkiem. Decybele wdzierają się przez uchylone okna, szparami w drzwiach, a kiedy […]

Górowo Iławeckie – miasto Konrada Wallenroda

podróże | Polska |

Duże miasta straszą zgiełkiem. Decybele wdzierają się przez uchylone okna, szparami w drzwiach, a kiedy nie znajdą innej drogi, to jak święty Mikołaj przez komin lądują w dużym pokoju. Możesz je zaakceptować, albo uciec. Na przykład do Górowa Iławeckiego.

Górowo Iławeckie wznosi się na siedmiu wzgórzach jak Rzym. Jest tylko nieco młodsze i znacznie mniejsze. Dodatkowo znacznie bardziej przytulne i gościnne. To dlatego Wojtek i Grażyna Wolańscy postanowili kupić tu siedlisko. W ten sposób zamieszkali na łonie natury, ale bez konieczności odcinania się od cywilizacji, bo ta w postaci górowskiego rynku, znajduje się zaledwie 5 minut jazdy samochodem. 

Światy

W mieście na tym dystansie zmieniają się jedynie fasady kamienic, tu – całe światy. Zatem najpierw ten sielski w postaci domku z gankiem. Dom wyremontowali własnymi rekami, a jego ściany Grażyna ozdobiła postaciami aniołów metodą decoupage’u. Kilka kroków za progiem stoi słup, z którego regularnie roznosi się po okolicy klekot sąsiada bociana. Stąd zresztą wziął się tytuł książki, którą wspólnie napisali – Dom pod bocianem. Kolejny świat w postaci pól o horyzont podziwia z drogi, gdy tylko Wojtek wyjedzie z podwórka. Następnie jadąc brzegiem jeziora rzuci okiem na panoramę dawnego Landsbergu, czyli Górowa Iławeckiego. Ten widok cieszy oczy od trzech lat. Nie potrafi sobie odmówić spojrzenia, choć zna go na pamieć. Nie zatrzymują go światła, bo w Górowie nie ma sygnalizacji świetlnej. Nie zatrzymują go rowerzyści, choć więcej tu ścieżek niż jezdni. Prawdziwe Citta Slow. Życie płynie tu w tempie ślimaka – spokojnie, powoli, bez wielkomiejskiego stresu. 

Spotkanie

Czekam na rynku. Po raz ostatni zerkam na zdjęcie profilowe Wojtka na Facebooku. Czy go rozpoznam? Nasza znajomość rozpoczęła się ponad rok temu za sprawą bloga. Wojtek w komentarzu pod tekstem o pobliskiej Ornecie zaprosił mnie do Górowa Iławeckiego. Odpowiedziałam, że kiedyś przyjadę. Dziś spełniłam tę obietnicę. Pretekstu dostarczył mi magazyn Rowertour, dla którego wymyślam trasy rowerowe w poszukiwaniu skarbów. Wojtek o tych lokalnych wie prawie wszystko, bo miasteczko stało się jego pasją. 

Przerwana historia

Ostatnia wojna omijała Warmię. O tym, że gdzieś toczą się działania zbrojne donosiły jedynie gazety. Spostrzegawczy wędrowca zwróciłby może uwagę na brak mężczyzn. To wszystko. Względny spokój przerwało wejście Armii Czerwonej. Wraz z nimi nadeszły wszystkie upiory wojny. Działo się tu wszystko co najgorsze. Mieszkańcy tych okolic rzucili się do panicznej ucieczki. Co zdołali zakopać, zakopali, co zdołali ukryć – ukryli, zostały po nich domy bez wspomnień.
Od czterech lat Wojtek dom o domu zgłębia przedwojenne tajemnice. Odszukuje imiona poszczególnych właścicieli, opisuje ich poczynania na założonym przez siebie profilu i na grupie Górowskie opowieści.
– Jakiś czas temu ktoś mi powiedział, że dopóki się nie pojawiłem, myślał, że Górowo Iławeckie powstało o 1945 roku.
– Czy można sobie wymarzyć lepszy komplement?

Konrad Wallenrod

Historia Górowa Iławeckiego zaczyna się blisko 100 lat przed oficjalnym założeniem miasta. Gdzieś wśród jego wzgórz, w rodzinie pruskiego nobilis rodzi się Herkus Monte. Wkrótce po narodzeniu chłopak zostaje oddany jako zakładnik krzyżakom i dorasta w Niemczech. Tam zostaje ochrzczony, poznaje tajniki zachodniej wiedzy. Tymczasem Prusowie rozpoczynają powstanie. Herkus Monte staje na jego czele i zaczyna odnosić sukcesy. W końcu to własnie Niemcy nauczyli go sztuki prowadzenia wojny. Jego losy posłużyły Mickiewiczowi do stworzenia postaci Konrada Wallenroda. 
Nie wiadomo, gdzie dokładnie przyszedł na świat. Czy na którymś z górowskich wzgórz wznosił się pruski gród?
– Znając Prusów, na pewno gdzieś tu wznieśli warownię – uważa Wojtek. – Te wzgórza opływane przez strumienie stanowiły idealny teren do lokacji grodu.
Wojtek wytypował nawet jedno z nich. Ale dowody mogłyby przynieść jedynie wykopaliska archeologiczne…

Cerkiew

Wzgórze, na którym stoimy w tej chwili raczej nie nosi na sobie śladów pruskiego grodziska. Nawet, gdyby Prusowie wznieśli tu jakieś domostwa, zbyt często i zbyt dogłębnie przekopano tu ziemię, by coś zachowało się do naszych czasów. Po raz pierwszy poruszono grunt zaraz po lokacji, by wznieść świątynię pw. św. Agaty. W 1367 roku proboszcz Mikołaj odprawił w niej pierwszą mszę świętą. Katolicy nie długo cieszyli się z przestronnego kościoła. Od 1525 modlą się w nim protestanci. Na początku pod surowym i zimnym sklepieniem gotyckim. Jeśli ktokolwiek go żałował, kiedy spłonął w 1655 roku, to już pięć lat później zmienił zdanie na widok drewnianego sufitu pokrytego polichromią. Kościół służy protestantom do 1961 roku. Wtedy, po zakończeniu liturgii, ówczesny pastor zamyka drzwi za ostatnim wiernym i zanosi klucz do magistratu. Świątynia niszczeje do 1981 roku. Zdewastowaną, naczelnik miasta postanawia przekazać grekokatolikom, którzy od razu zabierają się za oswajanie gotyckiej przestrzeni o protestanckim charakterze i dodają do niej elementy wschodniej duchowości. Wnętrze projektuje mistrz Jerzy Nowosielski.

Wpasowanie

Byłam w wielu cerkwiach, ale żadna nie ma takiej siły, jak cerkiew pw. Podwyzszenia Krzyza Świętego w Górowie Iławeckim. Jej wystrój łączy w sobie wschodnią ascezę, gotycką potęgę i boską lekkość. Tu nie ma złota, lecz biel, która wypełnia tła za postaciami świętych. W pierwszej chwili mam wrażenie, że ikony i feski nie zostały dokończone. Dopiero później zdaję sobie sprawę, że biel podkreśla prostotę malowania i surowość twarzy świętych. Ich bizantyjskie oczy szukają blasku Boga, ich uszy wsłuchane są w anielskie chóry, a usta szepczą modlitwy. Milczę i nasłuchuję. Ale tylko wiatr szumi… 

Poszukiwacze skarbów

Z wiatrem przeminęli ludzie, ich głosy, śmiech, płacze. Pozostały ich skarby, zakopane pod ziemią w kankach na mleko. Co jakiś czas odnajduję je lokalni poszukiwacze skarbów. Na początku działali indywidualnie. 
– Piętnaście lat temu jednemu z naszych kolegów policja zarekwirowała graty, a jego oskarżono o nielegalne posiadanie broni. Trudno było wytłumaczyć sędziemu, że broń nie przedstawiała żadnej wartości bojowej. Była przerdzewiała i uszkodzona. Założyliśmy więc Stowarzyszenie Historyczno – Kolekcjonerskie Dreyse, żeby mu jakoś pomóc.
Niestety, na nic się to zdało. Sędzia nie zrozumiał ich pasji, a policja nie oddała “gratów”.
– Ale stowarzyszenie zostało i trzeba było coś z nim zrobić. Wtedy powstał pomysł stworzenia muzeum.
Otrzymali pomieszczenie, w którym zaczęli składować swoje znaleziska. To zobowiązuje. Bardziej świadomie zaczęli budować swoją kolekcję. Już nie wystarczają im rzeczy, które sami znaleźli. Czasem na potrzeby muzeum kupują eksponaty od innych poszukiwaczy.
– Ile przedmiotów liczy kolekcja?
– Nie wiem. Na pewno kilkanaście tysięcy – odpowiada Krzysztof Skłodowski.
– Najcenniejszy?
– Hełm z modyfikacją na uszach. Widać, że była to seryjna produkcja, ale zachował się tylko jeden egzemplarz na świecie. Jest u nas.
Przez ponad godzinę oglądam zgromadzone tu pamiątki. Jest tu wszystko, co było dla mieszkańców drogie, a nie mogli tego zabrać podczas ucieczki – zatem oprócz militariów są tu porcelanowe filiżanki, ubrania, weki z mięsem, książki, dokumenty, zdjęcia…

Twarze

Dawne fotografie z przedwojennego Górowa Iławeckiego, czyli Landsbergu przenoszą w świat krynolin, drapowanych spódnic, koronkowych parasolek i elegancko skrojonych garniturów. Na utrwalonych twarzach najczęściej gości uśmiech Mona Lisy, jakby mówiły: oto dowód mojego istnienia, ale imię odebrał mi czas. Jednak Wojtek zidentyfikował wiele z tych postaci. Ich ślady odnalazł w dawnych dokumentach, przedwojennych gazetach, pamiętnikach. Kiedy przeglądamy fotografie na jednej ze ścian muzeum Dreyse, opowiada o nich, jak o dobrych znajomych. 
– Czujesz, że przywróciłeś im życie?
– W pewnym sensie można tak powiedzieć.
Można też powiedzieć, że wspólnie ze stowarzyszeniem Dreyse przywraca świadomość istnienia dawnego Landsbergu. 

Galeria

 

Udostępnij

Podobne

Spodobał Ci się wpis?
Polub nas na Facebooku i pozostańmy w kontakcie:)

Dorota Chojnowska i Selim Saffarini na Warmii

O nas

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to nasze o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close