miejsca

Tajemnice ceramiki bolesławickiej

Poranna kawa najlepiej smakuje w filiżance z Bolesławca. Wiem, bo każdy dzień zaczynam od małej […]

Tajemnice ceramiki bolesławickiej

| |

Poranna kawa najlepiej smakuje w filiżance z Bolesławca. Wiem, bo każdy dzień zaczynam od małej czarnej.

Nasza znajomość rozpoczęła się kilka lat temu. Zgrabną, bajecznie kolorową podarował mi Tata po powrocie z Gliniady – święta ceramiki bolesławickiej. Od razu napełniłam ją kawą i… od tamtej chwili nie wyobrażam sobie bez niej poranka. Z czasem zachciało mi się dowiedzieć czegoś więcej o samej ceramice bolesławickiej, glinie, z której jest lepiona, o rękach, które ją tworzą i o historii miasta, które ceramiką stoi. Przyjazd do Bolesławca był jedynie kwestią czasu, a wkrótce stał się faktem…

Magiczne RODO

Gdzie najpewniej odsłoni swoje sekrety ceramika bolesławicka? Wszelkie internetowe źródła powtarzają zgodnym chórem – W Żywym Muzeum Ceramiki w Manufakturze. Idę. Na moich oczach z gliny rodzą się hurtowe ilości talerzy, kubków filiżanek. Chwytam za aparat…
– Stop. Nie wolno fotografować pracowników. RODO tego zabrania.
Otwieram usta, by wytłumaczyć naszej przewodniczce, że RODO nie odnosi się do anonimowego wizerunku, lecz do przechowywania danych osobowych, gdy z naprzeciwka nadchodzi para z aparatami w ręku. Fotografują wszystko, co się rusza. 
– Ich RODO nie obowiązuje? 
– Oni mogą, bo są blogerami.

Akredytacja

No tak. Zapomniałam o akredytacji. Po prostu kupiłam bilet, jak zwykły śmiertelnik, a wystarczyło się zaanonsować kilka dni wcześniej. Weszłabym za darmo z indywidualnym przewodnikiem i pozwoleniem na robienie zdjęć. Najpierw żałuję, a potem… nie żałuję, bo oto widzę, w jaki sposób traktuje się tu człowieka z ulicy. W kolejnym pomieszczeniu słucham opowieści przewodniczki o brakach, czyli ceramice, która uległa uszkodzeniu podczas wypałów.
– Jeśli skazy są niewielkie, naklejamy specjalną nalepkę i przedmiot ceramiczny trafia do naszego sklepu przy Manufakturze po znacznie obniżonej cenie. Jednak nie radzę państwu przyklejać nalepki na pełnowartościowe okazy. W sklepie monitorujemy każdy Państwa ruch i jeśli tylko złapiemy kogoś na gorącym uczynku, od razu wzywamy policję…
Z surową karą spotka się również sprawca celowego uszkodzenia ceramicznego ciała. Cóż robić? Trzeba uczciwie kupić to, co wpadnie w ręce i wyjść, bo w tym miejscu niczego więcej o bolesławickiej ceramice się nie dowiem.

Z rąk do rąk

Czasem warto gdzieś przysiąść i zebrać myśli. Na przykład na ceramicznej ławeczce po środku bolesławickiego rynku. Rozkładam mapę i szukam miejsca, gdzie ktoś coś wie, ktoś coś słyszał, coś opowie o mojej filiżance, dzięki komu zrozumiem, dlaczego jest mi tak bliska. Rozkładam mapę i czytam – Muzeum Ceramiki. Idę.

 

Legenda

Podobno na początku XVII wieku bolesławieccy garncarze wysłali na dwór królewski do Pragi naczynie ozdobione kobaltowym, czyli błękitnym szkliwem. Jednak historykom znane były naczynia w odcieniach brązu i zieleni. Pośród naczyń z tamtych czasów niebieskie się nie zachowały. Czy należałoby zatem opowieść między bajki włożyć? Niezupełnie. Najtrudniej bowiem przechowują się przedmioty codziennego użytku. Nikt ich nie szanuje, a kiedy się zepsują trafiają na śmieci. Garnki ceramiczne wytwarzane w Bolesławcu należały do tego grona. Służyły do bardzo codziennego użytku. Tak powszechnego, że nikt nie żywił do nich specjalnego sentymentu. Stąd początki garncarstwa w Bolesławcu okrywała zasłona wieków. Wiadomo było, że pierwsze warsztaty powstały w średniowieczu, ale najstarsze zachowane egzemplarze datowano na XVIII wiek. Do czasu. Kilka lat temu jeden z kolekcjonerów spacerował wzdłuż świeżo wykopanego rowu pod budowę ogrodzenia. Jego wzrok przykuło kilka zalegających w nim skorup. – Zadzwonił do muzeum, że chyba znalazł coś starego – wspomina Anna Bober – Tubaj, dyrektor Muzeum Ceramiki w Bolesławcu. Zaczęliśmy kopać i w ten sposób wydobyliśmy 18 tys fragmentów, z których udało nam się skleić ponad sto naczyń. Ale był również kafel i zabawka. Prawdopodobnie ulepił ją garncarz dla swojego dziecka, a kiedy dorosło – wyrzucił.
Wiele skorup miało niebieski kolor. Najprawdopodobniej zatem odkryto śmietnisko najstarszej garncarni, o której było wiadomo z przekazów historycznych, lecz przez lata jej lokalizacja umykała z pola widzenia archeologów. 

 

Glina to podstawa

Bolesławieccy garncarze mają szczęście. Wokół miasta zalegają kilkumetrowe pokłady gliny o wyjątkowych właściwościach. Świetnie się wypala, ma piękną barwę, ale przede wszystkim jest praktyczna. Wytrzymuje wysokie temperatury i długo trzyma ciepło. Dawniej gospodynie bez obaw wkładały do pieca gary z bolesławickiej gliny, dziś bez obaw w naczyniach z Bolesławca można podgrzewać posiłki w mikrofali.
Pokłady gliny zaczęto eksploatować około XIII wieku, bo na ten czas datowane są najstarsze, nieszkliwione naczynia z bolesławieckiej gliny pochodzą z XIII wieku. Dwieście lat później pojawiają się masowo wyroby pokryte charakterystycznym, ciemnobrązowym szkliwem ziemnym. – Z rozrobionej gliny robiono szlam, który stosowali jako naturalne szkliwo – Anna Bober – Tubaj wskazuje duże naczynie. Znam je z domu. Mama kisiła w podobnym ogórki, a na Krupówkach górale trzymają smalec.  –  Na sląsku i w czechach nazywa się je buncloki. Ich nazwa pochodzi od naszego miasta, bo Bolesławiec przed wojną nazywał się Bunzlau. Tego typu naczynia mają praktycznie wszystkie muzea ceramiki na świecie, nawet w Australii i Nowej Zelandii. 

Kalulacje

Garncarze podążali za modami. Z czasem zaczęli wprowadzać kolory – kobaltowo niebieski i zielony. W zdobieniach naśladowali panującą modę – czy to barok, czy klasycyzm i dbali o jakość wyrobów. – Jeden z przepisów cechu garncarskiego Sugerowano, by leniwych czeladników wydalać z miasta, a zostawiać tych najbardziej pracowitych i uzdolnionych. Nic dziwnego, że wyroby coraz bardziej się podobają i w czasach największego rozkwitu przypadajacego na XVII wiek naczynia tutejszych rzemieślników trafiają nie tylko do domów zwykłych mieszczan, ale też na dwory królewskie, na stoły szlacheckie i książęce.
Pracy było zatem dużo, pieniędzy też dużo, tym bardziej że rąk do pracy ściśle ograniczona prawem cechowym ilość. Bolesławiccy garncarze nie chcieli dzielić się zyskami, a że stać ich było, by zasiadać w radzie miasta, to skutecznie blokowali wszelkie próby otwarcia zawodu. I tak do XVIII wieku bolesławicką gliny czerpali mistrzowi z 5 pracowni garncarskich. 

Filiżanka jak z porcelany

Nawet z najlepszej gliny nie powstanie arcydzieło, jeśli nie zagniecie jej człowiek o twórczym umyśle, a Bolesławiec zawsze miał szczęście do uzdolnionych ceramików. Jednym z najwybitniejszych był Gottlieb Altman. Działał w pierwszej połowie XIX wieku.  – Lubił eksperymentować ze szkliwami, nakładkami. Tworzył naczynia o cienkich ściankach, delikatne, lekkie i eleganckie. – Anna Bober Tubaj podaje mi przepiękną filiżankę na lwich łapach. Lekką niczym porcelana. By w pełni docenić kunszt ceramiki trzeba ją wziąć do ręki. Następnie spojrzeć na nią pod światło. Nie przepuszcza promieni? To jedyny szczegół, który różni ją od porcelany.

Wielki sukces

W 1851 roku dzieła z pracowni Altmana trafiły na wystawę światową w Londynie  i tam zdobyły złoty medal. – Drugi złoty medal otrzymała słynna królewska manufaktura porcelany w Berlinie. Tylko że tam nad jakością pracowały tysiące ludzi, a u Altmana nie więcej niż dwanaście osób. Jest różnica?
To był olbrzymi sukces. Bolesławianie pękali z dumy, na rękach wnieśli Altmana do miasta, a król pruski wręczył mu odznaczenie. Niestety jego syn doprowadził warsztat do ruiny. Nie przekazał tajemnic ani receptur i po śmierci Altmana wszystkie jego odkrycia i umiejętności przepadły.

 

Kolejny rozdział

Na kolejny przełom ceramika bolesławicka musiała czekać do końca XIX wieku. Powstaje wówczas szkoła ceramiczna z wykładowcami, którzy przybywają z królewskiej manufaktury porcelany w Berlinie – najsłynniejszej niemieckiej wytwórni porcelany. A że glinę bolesławicką można obrabiać metodami typowymi dla porcelany rozpoczyna się prawdziwa rewolucja. Bolesławicką glinę traktowano tak, jakby była porcelaną.  – Wcześniej garncarze toczyli głównie na kole. Wykładowcy szkoły ceramicznej wprowadzili formy gipsowe, w które się wlewa rozcieńczoną glinę. Powstałe w ten sposób naczynia mają gładszą powierzchnię, są cieńsze i powtarzalne. 
To otworzyło drogę do produkcji serwisów, które można było dowolnie kompletować. 
– Doskonali fachowcy i wspaniali artyści uczą też innego rodzaju dekoracji, wprowadzają nowe szkliwa. Pojawiają się nowe formy – secesyjne, art deco… Stosowali najróżniejsze techniki na przykład intarsji szkliwami, złocili, malowali farbami.
Z prawdziwym pożądaniem patrzę na powstałe tam dzieła. W gablotach uśmiechają się do mnie dzieła przedwojennych ceramików. Niezwykłe. Raz szkliwo spływa po nich nakładającymi się barwami, kiedy indziej geometryczne kształty ozdabia zaledwie cień koloru. Chciałabym je wziąć do ręki, przytulić do serca, ale między nami jest szklana ściana… 

 

Kres

Nadchodzi wojna. Szkoła wciąż działa. Kończy się wojna, profesorzy i ich uczniowie stopniowo przesiedlani są do Niemiec. Ale wciąż część z nich tutaj jest, kiedy do Bolesławca przyjeżdża Tadeusz Szafran. – Chce ratować szkołę ceramiczną. On też był świetnym ceramikiem. Kończył szkoły w Niemczech i nawet wykładał w słynnej szkole w Weimarze. Dogadał się z niemieckimi garncarzami, że uruchomi produkcję. Zanim ich stąd wysiedlono, zaczęli razem pracować, nie patrząc na narodowość. Jednak decyzje polityczne były, jakie były, Niemców wysiedlono, i niestety marzenia Szafrana o reaktywacji szkoły legły w gruzach. Zachowały się notatki, w których rozpisał poszczególne przedmioty, nawet wyznaczył ludzi. Uruchomił jedynie produkcję uruchomił, ale szkoły już nie.
Klasa ceramiczna powstała dopiero w latach 60-tych i funkcjonowała do początków XXI wieku, kiedy decyzją ministerstwa z rejestru zawodów wykreślono zawód garncarza ceramika. 
– Obecnie trwa walka, by na nowo go wpisać, bo w szkołach zawodowych nie można nauczyć zawodów, które nie istnieją.
Mimo to powstały dwie klasy ceramiczne, ale jest to mozolny proces, bo przez dziesięć lat odpłynęli ludzie, tradycje, umiejętności.

Masówka

Artystyczne wzloty i szaleństwa to zawsze widowiskowy ale skromny ułamek produkcji. Ostatecznie zawsze zwycięży cena. Co tańsze, a wcale nie gorsze funkcjonalne, bo przecież i tak ulepione z bolesławickiej gliny, zawsze się sprzedawało lepiej. I w tym ceramicznym „mailnstreamie” od lat osiemdziesiątych XIX wieku świetnie funkcjonowały naczynia zdobione dekoracją stempelkową.
– W szkole wykładowcy nazywali dekorację stempelkową dekoracją ludową. Nie walczyli z nią, ale też się nią nie interesowali, ani propagowali. Natomiast w większości mniejszych garncarni nie eksperymentowano, skoro robienie stempelków było prostszą i najtańszą metodą zdobniczą. Nie wymaga tak wielkiego artyzmu jak dekorowania w sposób jak uczono w szkole. 

Choć nawet i to wcale nie jest takie proste i wymaga talentu artystycznego.  
Zresztą bolesławiec od wieków mógł konkurować ceną. Dlaczego? – Bo gliny nie trzeba było przywozić z daleka, szkliwa też były na miejscu, drewno do wypału i tania siła robocza. Czytam w zestawieniu z przełomu XIX i XX wieku, że siła robocza była u nas tańsza nawet o 1/3 niż na innych terenach Niemiec. 

Ceramika Boleslawicka

Znak firmowy

Sklepy z ceramiką bolesławicką mają jedną zasadniczą zaletę – w przeciwieństwie do muzeum, tu wszystkiego można dotknąć. Przymierzyć do ręki kubek, pogłaskać krowę po brzuszku, podneść przykrywkę imbryczka i pobawić się ceramiczną bombką choinkową. Przeważają stempelki – a to klasyczne kobaltowe kółeczka, a to serduszka i kwiatki. – Każdy garncarz ma swoje zastrzeżone wzory, ale jest kilkanaście motywów tradycyjnych, którymi każdy może ozdabiać swoje prace – mówi właścicelka jednego ze sklepów lokalnej manufaktury. – Ale tak naprawdę panuje całkowita dowolność wzorów, bo to nie one decydują, czy dane naczynie otrzyma stempel i certyfikat ceramiki bolesławickiej. Prawo oznaczania stemplem otrzymują zakłady ceramiczne należące do stowarzyszenia ceramików bolesławickich i tworzą w naszej lokalnej glinie. 

 

 

 

Udostępnij

Podobne

Spodobał Ci się wpis?
Polub mnie na Facebooku i pozostańmy w kontakcie:)

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close