Święte miejsca wokół Turkiestanu w Kazachstanie i dzieci

W Kazachstanie dziecko to świętość. Wokół Turkiestanu jest wiele miejsc, w których można je skutecznie […]

Święte miejsca wokół Turkiestanu w Kazachstanie i dzieci

W Kazachstanie dziecko to świętość. Wokół Turkiestanu jest wiele miejsc, w których można je skutecznie wybłagać.

– U was w Europie wszystko stoi na głowie. Kiedyś spotkałem małżeństwo czterdziestolatków z Norwegii, którzy powiedzieli mi, że zdecydowali się na poważny krok – mówi Andrej. – W wieku czterdziestu lat postarali się o jedno dziecko. My w ich wieku mamy już przynajmniej trójkę i to dorastających. W Kazachstanie dziecko to świętość. Tu małżeństwo jest naturalnym stanem skupienia, które zawiązuje się po to, żeby dawać życie dzieciom. Co najmniej trójce. Ale i piątka nie należy do rzadkości – zarówno wśród Kazachów jak i potomków Europejczyków. Po prostu dzieci muszą być i już! Nasi nowi znajomi mierzyli wzrokiem najpierw mnie, a następnie mężczyznę z którym tu przyjechałam. Pytali o ilość dzieci. Żadnego? Zazwyczaj nam współczuli, ale nasz gospodarz w Turkiestanie postanowił zadziałać.

Mała pielgrzymka

Muzułmanie Azji Centralnej nie mieli łatwo za czasów władzy ludowej. Przecież przynajmniej raz w życiu muszą odbyć hadż do Mekki, a tu władza ludowa trzyma obywateli pod kluczem. Jedni zbierają w kołchozach bawełnę inni odsiadują wyroki w GUŁ-agach. I tak żyło i umierało kilka pokoleń. A pielgrzymować człowiek musi. Zatem Kazachowie, Uzbecy, Kirgizi i inni mieszkańcy Azji Centralnej wyznający islam, pielgrzymowali do Turkiestanu. I do dziś pielgrzymują. Najpierw składają pokłon w Mauzoleum Hodży Jasawiego, oglądają groby rodziny chanów, a następnie jadą do świętych i słynących cudami miejsc, do których google maps nie doprowadzi, a jedynie lokalni mieszkańcy i taksówkarze. Ponoć jest ich kilkadziesiąt. W różnym stanie przetrwały komunizm, różna też jest moc. Nasz gospodarz prowadzi swój pensjonat nie od dziś. Zna te najskuteczniejsze. Niejednego pielgrzyma wyprawił do nich w drogę i niejednemu taksówkarzowi dał zarobić. Dzwoni. Umawia nas na jutro na objazd po tych najważniejszych.
– Więc nie macie jeszcze dzieci…
– Nie mamy
Gospodarz znowu chwyta za telefon i z przejęciem coś tłumaczy. Za chwilę już wiem. Nakazał kierowcy, by doprowadził nas do świętego drzewa, które niczym nasza kapusta albo bocian sprowadza dzieci na łono kobiet.
– Po tej wizycie na pewno zajdziesz w ciążę.
I poszedł. 

Przed wschodem słońca

Nie lubię wstawać przed świtem. Godzinę później, gdy już dojeżdżamy do świętej studni, słońce wciąż śpi za horyzontem. Zatrzymujemy się na olbrzymim parkingu i zaczynamy wspinaczkę do murowanej jurty pod samym szczytem. Z nami pielgrzymują dwie kobiety z Uzbekistanu. Nie mówią po rosyjsku, więc tylko pokazują nam puste plastikowe butelki.
– Nie mamy.
Kiwają głową na znak, że to bardzo źle. Bo na szczycie, w murowanej jurcie znajduje się cudowna studnia. Kilka minut później szarpiemy za kłódkę. Zamknięte. I jurta, i domek. Ale kobiety nie dają za wygraną. Pukają w szyby, aż ze stróżówki wyłania się zaspany chłopak. Zakłada płaszcz, bo zimno i wprowadza nas do środka.

Studnia życzeń

Wchodzimy do jurty. Siadamy wokół studni obramowanej czymś na wzór metalowej skrzyni. Chłopak zabrania mi robić zdjęcia, po czym zaczyna intonować modlitwę.
– To jest po arabsku, a nic nie rozumiem – mówi mężczyzna – Palestyńczyk. Muzułmanie powinni do Allaha zwracać się w klasycznym arabskim, tylko że dla większości Kazachów arabski stanowi jedynie akordy niezrozumiałych dźwięków. Nawet czytać Koranu nie potrafią. Dlatego od czasu do czasu ktoś podchodził do Palestyńczyka z prośbą o przeczytanie Świętej Księgi. Nie czytał – bo z tatuażami i w koszulce bez rękawów jest nieczysty. Chłopak jednak nie potrzebuje wsparcia. Liczy się przecież intencja, a nie lingwistyczna czystość. Zakończył modlitwę, po czym podał wiadro uczepione do długiego sznura jednej z kobiet. Ta rzuciła je do studni. Słyszę jak obija się o skały, tłucze i osiada. Kobieta powoli wyciąga wiadro. Zagląda do środka. Pusto. I tak trzy razy. Potem rzuca druga kobieta. Za trzecim razem na dnie wiadra znalazło się trochę wody. Kobiety napełniły nią swoje butelki.

Gra z losem

– Twoja kolej. Pomyśl życzenie, wrzuć wiadro i jeśli wybierzesz wodę, to się spełni.
Rzucam pierwszy raz i nic, rzucam drugi i trzeci – bez sukcesu. Chłopak lekko przesuwa line i każe jeszcze raz odprawić wiadro w stronę jądra ziemi. Wciągam jest woda! Wiedziałam, że życzenia, życzeniami, ale na szczęście jest jakiś kruczek!

Ukasza-ata

Końcówka ata oznacza mężczyznę. Ukasza-ata był mężem bogobojnymi sprawiedliwym. Jak mówi legenda, wiedzę o islamie przekazał mu sam Mahomet. Ukasza-ata wsławił się bohaterstwem podczas niejednej bitwy, czujności zawdzięczał brak jakiegokolwiek zadraśnięcia. Niestety, szlachetność nie odstrasza prawdziwych szui. A te czaiły się w krzakach w oczekiwaniu na moment słabości bohatera. Morderczy cios wymierzyły mu podczas modlitwy. Jego własnym mieczem szuje odrąbały mu głowę, ciało padło, jak długie…
– Na ponad dwadzieścia metrów, mówi opiekun świętego miejsca. – W tamtych czasach ludzie rośli dużo wyżej. Jak drzewa! I tak jak ciało leżało, tak przykryto je sarkofagiem.
Inni twierdzą, że po odcięciu głowy z szyi trysnęła krew i tą krew przykryto grobem.
Co się stało z samą głową? Opiekun świętego miejsca wyprowadza nas z mauzoleum. Tam wskazuje na kamień z wgłębieniem.
– Impet ciosu był tak silny, że głowa wystrzeliła, odbiła się od tego kamienia – stąd wgłębienie –  po czym poleciała dalej i upadła na skały. Przebiła się przez środek ziemi i wypadła w Mekce przy grobie Mahometa. W miejscu, gdzie rozpoczęła swą podziemną wędrówkę powstała studnia, którą już odwiedziliście. 

Erkoyan-ata

Ukasza-ata miał wielu uczniów, wśród nich najgorliwszy nosił imię Yer Qoyan-ata (Erkoyan-ata). Mieszkał on w swojej pustelni, kilka kilometrów dalej. Ponoć zginął tego samego dnia co mistrz, z rąk tych samych szui. Erkoyan-ata był niewiele mniej święty i niewiele niższy – jego grób ma długość 9 metrów. Opiekun zaprasza nas do środka. Siadamy wzdłuż ściany, a mężczyzna intonuje modlitwę. Znowu trudno wyłapać arabskie słowa, ale czy to ważne? Bóg niezależnie od imienia, jakie przypisuje mu wiara, potrafi czytać intencje…

Arystan-bab

Znowu do głosu dochodzi legenda. Ponoć pewnego wieczoru, kiedy Prorok Mahomet jadł Kaki, jeden z owoców ciągle wypadał z talerza. Prorok miał już dość wkładania go po raz kolejny na swoje miejsce. Wtem rozległ się głos „ten owoc ma zostać przekazany Ahmedowi, który urodzi się za 400 lat”.
– Kto mu go przekaże? – prorok spojrzał po uczniach, ale żaden z nich nie wyszedł przed szereg.
– To może ja, jeśli Allah pozwoli mi żyć 400 lat.
Pozwolił. Jak w zegarku – po czterystu latach rodzi się Hodża Ahmed Yasawi. Arystan przekazuje mu owoc kaki i wprowadza w świat Islamu i sufizmu. Ahmed Yasawi z kolei przekazuje swoją wiedzę Kazachom. Większość życia spędza w Turkiestanie, gdzie zakłada medresę i zgromadzenie sufickie. Dlatego Turkiestan stał się najświętszym miastem Kazachstanu i jego duchową stolicą. To własnie grób chodży stanowi główny cel peregrynacji pielgrzymów. Po złożeniu pokłonu ruszają dalej – właśnie do Arystan-bab.
Oprócz duchowych uniesień czekają tu na nich fotografowie z pawiami. Do kolejnej fotografii przy pomnikach wielbłądów stoję w kolejce. Grzecznie czekam na plan zdjęciowy, co wcale jednak nie znaczy, że nikt nie wejdzie mi w kadr. Cała rodzina uwiesiła się na sąsiednim wielbłądzie i… w sumie mam niesamowitą pamiątkę!
Obok mauzoleum znajduje się studnia z wodą, która również oczyszcza duszę. Są też pamiątki. Na stoisku dwóch chłopców wybija medaliony ze znakami przypominającymi runy. Kiedy podchodzę sprzedawcy realizują większe zamówienie – osiem medalionów.
– Te znaki to symbole naszych rodów – tłumaczy kobieta. – zamówiłam medaliony dla całej rodziny, żeby nigdy nie zapomnieli kim są.

Kazachstan - cudowne drzewo przy grobowcu Gaukhar-ana

Gaukhar-ana

Kierowca stawia samochód i wychodzi. Dotarliśmy w TO miejsce. Jak na szkolnej wycieczce idę ja, mężczyzna i dwie Uzbeczki. Uzbeczki zatrzymują się przy grobowcu Gaukhar – córki Jasawego, a my mamy iść dalej. Za grobowiec, do gaju. Tam gdzie stoi drzewo powiązane wstążkami. W rozwidleniu gałęzi leży kamień. Mam natrzeć nim brzuch. Mężczyzna też. I odłożyć kamień na miejsce. Za dziewięć miesięcy będzie nas więcej.
Kamień nie wystarczy. Nieopodal znajduje się kolejne święte źródło. Przy pompie zebrała się spora kolejka. Każdy nabiera wody do wiader i idzie za parawan. Panie na prawo, panowie na lewo. Tą wodą trzeba obmyć całe ciało. Kobiety leją ją na siebie, na dzieci.

Święty mąż

Batiuszka z cerkwi pod wezwaniem św. Georgi słynie z niekonwencjonalnego podejścia do wiernych i rytuałów. 
– Ma przyjaciela lotnika, więc na Wielkanoc lata samolotem do oprysków po okolicy i polewa je święconą wodą – mówi Natasza z Uzbekistanu. Zanim go poznała była ateistką. Miała męża. Zaszła w ciążę i szybko z ciąży wyszła. – Wtedy zrozumiałam, że źle się czuję w moim małżeństwie i nie chcę w tym dalej tkwić. Wpadłam w depresję i wtedy moja przyjaciółka opowiedziała mi o tutejszym batiuszce. Że rozmawia z ludźmi.
Natasza przyjechała i zaczęła rozmawiać. Batiuszka nie kazał jej ratować świętego związku za wszelką cenę, tylko dać sobie czas, bo to co powinno trzymać ludzi to nie sakrament, ale wzajemny szacunek. Natasza przyjechała jeszcze raz. Tak po prostu posiedzieć, wyciszyć się. Nocowała w pokojach dla pielgrzymów na plebani. Kilka dni temu przyjęła chrzest. Nie spieszy się do domu. Przed nią ostatnia rozmowa o szacunku. A później? 

– Nowe życie, które tu zaczęłam. Chcesz zobaczyć miejsce, gdzie narodziłam się na nowo?

Cudowne źródło

Cerkiew św. Georgi wznieśli Kozacy w 1882 roku. Biło przy niej cudowne źródło. Po rewolucji, kiedy zamknięto cerkiew, miejscowa ludność gromadziła się przy tym źródle. Komuniści zalali je więc betonem.
– Kilka dni później woda wybiła za kościołem. Ludzie znowu zaczęli się gromadzić, zaczęli ją czerpać i znowu zaczęły się dziać cuda. Wejdź do tej wody i pomódl się. Jeśli chcesz dziecka, będzie ci dane.
Za chwilę znowu jesteśmy w cerkwi. Batiuszka już zorganizował nam posiłek. Napełnił nasze butelki wodą. 
– Zanim pojedziesz, choć, coś ci pokażę –  mówiąc to batiuszka spogląda to na mnie, to na mężczyznę i prowadzi mnie na tyły cerkwi przed wykuty w granicie obrazek Madonny. – Prośby, z jakimi tu przychodzisz zostają wysłuchane. Tylko ostrożnie z dziećmi, bo może nie bez powodu ich nie masz?

Informacja

Do Kazachstanu doleciałam liniami lotniczymi Air Astana. Siedziba polskiego przedstawicielstwa przewoźnika znajduje się w Warszawie w al. Jerozolimskich 11/19 lok 40.

 

Galeria

Ukasha-ata

Arystan-bab

Gaukhar-ana

 

Udostępnij

Podobne

Spodobał Ci się wpis?
Polub mnie na Facebooku i pozostańmy w kontakcie:)

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close