fbpx
ludzie

Co zbroiły niedźwiedzie brunatne znad Morskiego Oka?

UdostępnijFacebookTwitterPinterest Niszczyły, kradły, oszukiwały… Lista strat, które niedźwiedzie brunatne znad Morskiego Oka zadały Krzysztofowi Cudzichowi […]

Co zbroiły niedźwiedzie brunatne znad Morskiego Oka?

|

Udostępnij

Niszczyły, kradły, oszukiwały… Lista strat, które niedźwiedzie brunatne znad Morskiego Oka zadały Krzysztofowi Cudzichowi jest długa i kosztowna, ale on każdą pozycję wspomina z rozrzewnieniem. 

Frontową ścianę restauracji i pensjonatu Wanta w Bukowinie Tatrzańskiej zdobią malowidła z niedźwiedziami w roli główniej. Każda ilustruje historię z życia wziętą. A konkretnie z życia Krzysztofa Cudzicha, z czasów gdy pracował jako leśniczy nad Morskim Okiem.
Najtrudniej było odtworzyć mordę niedźwiedzia brunatnego wszechogarniętego szczęściem.
Trudno wytłumaczyć jak wygląda szczęśliwy niedźwiedź komuś, kto nigdy go nie widział na żywo. Dlatego ten wizerunek był kilka razy przemalowywany – Krzysztof, jeśli chodzi o niedźwiedzie, jest perfekcjonistą.

Niedźwiedź brunatny na śmieciach

Trudno wprowadzić niedźwiedzia brunatnego w stan wszechogarniającego szczęścia. Znacząco pomaga w tym komórka wypełniona smakowicie pachnącymi śmieciami. Tego wieczoru Krzysztof Cudzich komórkę przy leśniczówce Wanta nad Morskim Okiem po sam sufit zapakował workami ze wszystkim, co turyści pozostawili po sobie na tatrzańskich szklakach. Worków było co najmniej kilkaset. Każdy nęcił aromatem niedojedzonych kanapek, ogryzków i innych smakowitości. Ta biblioteka aromatów aż prosiła się o czytelnika. Bardzo oddanego tego typu literaturze, zdeterminowanego by „czytać” pomimo kłódki, którą Krzysztof zapiął na drzwiach… I znalazł się. Krzysztof zobaczył go o poranku. Leżał na poszarpanych workach i rozsypanych wszędzie śmieciach. Mężczyzna powinien się zdenerwować. Nie potrafił.

Mistrz drugiego planu

Krzysztof pokazuje mi swoją kronikę z pamiątkami po wybrykach niedźwiedzi. Na jednym ze zdjęć na pierwszym planie widzę gości, na drugim – niedźwiedź brunatny.

Niedźwiedzie często zaglądały do Twojej leśniczówki.

Tak naprawdę nie było imprezy, żebyśmy ich nie odganiali. Szczególnie, kiedy siedzieliśmy przy ognisku. Bo wiadomo – pachniała im jakaś kiełbaska, albo karkówka, więc zawsze jakiś się przyplątał. Trzeba było się od nich opędzać jak od much! Wśród pracowników Tatrzańskiego Parku Narodowego krążyły legendy o mojej walce z niedźwiedziami brunatnymi. Podsycał je telefon.

Telefon?

Tak, taki na korbkę. Jeden sygnał przypisany był schronisku na Roztoce, Leśniczówka Wanta miała cztery. Ile się rozlegało sygnałów, to ten odbierał. Ale tak naprawdę wszyscy mogli przysłuchiwać się rozmowom, a wtedy cały park wiedział, że znowu objawił się niedźwiedź i na przykład…

Zniszczył samochód

Długo wśród pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego śmiali się z historii, jak niedźwiedź zniszczył mi nowiutkiego, dwunastoletniego malucha. W tamtych czasach to było coś!

Zaparkowałeś go pod domem…

…a w nocy budzi mnie jakiś hałas. Wyglądam przez okno i widzę, jak niedźwiedź robi w nim kompletną demolkę! Myślałem, że zemdleję z wrażenia. Rzuciłem się do sejfu, załadowałem broń, żeby go postraszyć. Wyleciałem na wpół nagi, stanąłem 3-4 metry od samochodu, z bojowym nastawieniem, z tą bronią…

A niedźwiedź?

W tym momencie już wyszedł z samochodu. Na mój widok wyrwał sobie jeszcze kawałek tapicerki, po czym skoczył na dach. Dach, oczywiście  się pod nim załamał. Z dachu skoczył na maskę i pobiegł do lasu. Rano nadałem komunikat, że jadę z samochodem do dyrekcji Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Dlaczego nie wezwałeś rzeczoznawcy z PZU?

W moim oddziale PZU zgłoszenia rozkładano w odpowiednich szufladach. Była szuflada podpisana „Biały Dunajec”, „Poronin”, „Bukowina Tatrzańska” i „Ciudzich”. Pewnego razu, kiedy zgłaszałem kolejną szkodę wyrządzoną przez niedźwiedzie powiedzieli, że nie chcą ode mnie żadnych pieniędzy na ubezpieczenie i nie będą mi już nic wypłacać. Dlatego zapowiedziałem w Parku, że jadę się pokazać z tym samochodem. Tylko jak tu jechać, skoro dach był załamany i w miejscu przedniej szyby miałem coś w rodzaju wizjera? Ale dojechałem i wszyscy podziwiali mój samochód. Wyglądał jak po kilkukrotnym dachowaniu.



Liczyłeś, ile w sumie samochodów zniszczyły ci niedźwiedzie?

Moich siedem i jeszcze dwa samochody parkowe. Uszkodzeń blacharki, po tym jak miś się przeszedł i porysował, albo zostawił swoje odciski, nie liczyłem, bo tego nie naprawiałem. Na moich samochodach zawsze były rysy od ich pazurów albo zębów.

Nie było na nie żadnego sposobu?

Próbowaliśmy wszystkiego. W pewnym momencie ogrodziliśmy leśniczówkę pastuchem elektrycznym. To był eksperyment – po raz pierwszy to człowiek odgrodził się od zwierząt, a nie odgrodził zwierzęta. Zostawiliśmy cały areał niedźwiedziom.

Przyniosło to oczekiwany skutek?

Już pierwszej nocy przyszła niedźwiedzica obszukać gospodarstwo. Wyszedłem z moim podleśniczym Wojtkiem, żeby zobaczyć, co się wydarzy. Niedźwiedzica ze zdziwieniem spojrzała na żółtą tasiemkę. Chciała powąchać, więc zbliżała nos i jak ją kopnęło! Z wrażenia przewróciła się na grzbiet, dwa razy ją przekręciło i w szalonym galopie uciekła. Mówię do Wojtka – super, działa. Ledwie podaliśmy sobie ręce, a tu nagle z lasu, z odległości z kilkuset metrów słyszymy tętent. Nogi nam zadrżały. Mieliśmy broń przy sobie, ale nie wiedzieliśmy czy z tą bronią czekać na niedźwiedzia, który staranuje płot, czy od razu uciekać do leśniczówki.

Zerwała druty?

Nie. Zatrzymała się pod płotem i ze wściekłości mruczała i tupała nogami.

Nie ryknęła?

Niedźwiedzie wcale nie ryczą. Dwadzieścia lat byłem leśniczym i nie słyszałem, żeby niedźwiedzie brunatne ryczały. One wydają z siebie dużo odgłosów  – stękają, ziewają, fukają, ale nie można tego nazwać rykiem. Mówię to, bo co roku podczas rykowiska jeleni, zawsze ktoś przerażony pukał do leśniczówki i prosił, by go zawieźć do Morskiego Oka, bo się przestraszył ryczących niedźwiedzi.

Z tego co mówisz, wynika, że niedźwiedzie przestawiły się z polowania na przeglądanie zawartości śmietników.

Nie tylko ze śmietników. Mieliśmy takiego miśka, który do perfekcji opanował sztukę żebrania. Stawał na Włosiennicy, patrzył na turystów, ślinka mu ciekła, więc każdy mu rzucał jakąś kanapkę. A jeśli nic nie miał, to szedł do pobliskiego sklepu i kupował mu frytki albo hot-doga. I tak tego miśka upaśli.

Musieliście go jakoś oduczyć żebrania…

Nie było łatwo. On wiedział, że strzelamy, by go odstraszyć, więc po mistrzowsku nas unikał. Za każdym razem, kiedy podjeżdżaliśmy, misiek znikał. Mówiono nam, że siedział trzy godziny i chwilę przed naszym przybyciem sobie szedł. Postanowiliśmy zatem, że nie będziemy podjeżdżać samochodem, tylko podejdziemy na piechotę. Ale znowu – co przychodzimy, to niedźwiedzia nie ma. Stało się dla nas jasne, że w jakiś sposób nas wyczuwał. Postanowiliśmy więc wtopić się w tłum. Zdejmowaliśmy mundury i podchodziliśmy w cywilnych ubraniach, z plecaczkami jak turyści, żeby go zmylić.

Udało się?

Coś ty! On wciąż znikał na kilka minut przed naszym przybyciem. W końcu wysłaliśmy znajomego, który miał nam mówić, co się w ogóle dzieje, bo byliśmy w szoku, dlaczego miśka nigdy nie ma, kiedy przychodzimy. Znajomy poszedł, rzeczywiście zobaczył niedźwiedzia. W pewnym momencie do mnie dzwoni i mówi, że chyba się już zbliżamy, bo miś już łypnął okiem, podniósł głowę i zaczął coś wąchać. Ten cwaniak nas wyczuł z odległości 300-400 metrów! Okazało się, że wchodził do rowu, przykrywał się liśćmi i udawał, że go nie ma. 

Czy spotkałeś niedźwiedzia, który przestawił się wyłącznie na wyjadanie resztek ze śmietników?

Tak, Magda. A to za sprawą ówczesnego kierownika schroniska z Roztoki. Schronisko słabo zarabiało, bo turyści woleli spać nawet na podłodze w Morskim Oku albo w Dolinie Pięciu Stawów i rano iść dalej na Zawrat czy Orlą Perć, niż startować z Roztoki. Bo stamtąd jest dużo dalej do największych tatrzańskich atrakcji. Zaczął więc wylewać pomyje. W ten sposób zwabił i przyzwyczaili Magdę tylko i wyłącznie do wyjadania śmieci. Magda codziennie robiła obchód na trasie Roztoka – Włosiennica – Morskie Oko. Jej odwiedziny ożywiły u niego ruch, szybko bowiem rozeszła się informacja, że w Roztoce można sobie zrobić zdjęcie z niedźwiedziem. Później Magda urodziła trójkę młodych i przekazała im wszystkie informacje, potrzebne tylko i wyłącznie do grzebania w śmieciach.

Co z nimi zrobiliście?

Cała rodzina była zdemoralizowana do tego stopnia, że nie potrafiła już normalnie funkcjonować. Musieliśmy je odłowić i oddać do ZOO

Na pewno ścieżki niedźwiedzi i ludzi przecinają się nie tylko w okolicach śmietników.

Oczywiście. I to dosłownie przecinają. Kiedyś otrzymaliśmy informację, że pewien niedźwiedź brunatny idzie wzdłuż drogi z Roztockiej Czuby w stronie Grani Żabiego – w samo południe, kiedy szlakiem idzie nieprzerwany potok 15 tys. ludzi. Więc jedziemy z Wojtkiem Łukaszczykiem. On zatrzymał ruch z dołu, ja zatrzymałem ruch z góry, zrobił się prześwit. Po chwili zza krzaków wychyliła się głowa niedźwiedzia – popatrzył w lewo, popatrzył w prawo i przeszedł przez drogę.

Ludzie byli w szoku!

Tak. A Niedźwiedź chciał po prostu przejść jak ty – z pokoju do pokoju! Tylko jak miał to zrobić, kiedy drogą szło stado ludzi? Po chwili, kiedy niedźwiedź sobie poszedł, otoczyli mnie turyści i zasypali pytaniami. Zażartowałem, że nasz przyjazd stanowi stałą procedurę. Codziennie bowiem o tej porze zatrzymujemy tu ruch, żeby ten niedźwiedź mógł sobie przejść.

Uwierzyli?

Tak, nawet napisano o tym w jakiejś gazecie.

Łatwiej chyba jednak spotkać niedźwiedzia nocą…

Kiedyś o drugiej w nocy zapukały do leśniczówki trzy siostry zakonne i mówią – Panie leśniczy, niechże się pan nad nami zmiłuje, bo mamy umówionego busa na drugą na Palenicę Białczańską. Już jesteśmy spóźnione, a przed nami od Morskiego Oka idzie niedźwiedź i tak wolno, że nie wiadomo, czy ten bus będzie na nas czekał, czy nie. Wyglądam, a tam faktycznie – niedźwiedź siadł sobie na drodze i czeka. Jakby je sprowadzał. Spytałem, czy się nie bały. Odpowiedziały, że trochę tak, ale bardziej im zależało na tym busie, no bo nie dałyby rady iść na piechotę Palenicy do Zakopanego.

Opowiadasz o niezwykle bliskich spotkaniach niedźwiedzi z ludźmi. Czy zdarzają się przypadki ataku niedźwiedzia?

Ostatni atak na człowieka miał miejsce przed drugą wojną światową, nad rzeką Białką. Natomiast zdarzają się na Słowacji, ale musimy to traktować nieco inaczej. Tam jest dużo więcej niedźwiedzi, ale na kilkukrotnie większej powierzchni. Nasze niedźwiedzie są bardziej narażone na kontakt z ludźmi, a w związku z tym bardziej do tego przyzwyczajone.

Turyści, którzy nocą wracają z Morskiego Oka nie zdają sobie sprawy, ile razy mijają niedźwiedzia, który się przykrył liściem dwa metry dalej i czeka aż przejdą.

Podam ci jeszcze jeden przykład – park Yelowstone przyjmuje tak w granicach 4,5 mln ludzi rocznie. Ten ruch rozkłada się na obszarze blisko 9 tys km2 czyli niewiele mniejszym od województwa Opolskiego. A wyobraź sobie kilkadziesiąt hektarów nad Morskim Okiem, gdzie przychodzi około miliona osób rocznie.

Ile jest zatem niedźwiedzi w polskich Tatrach?

Powinno być kilka, a jest kilkanaście. A to za sprawą pozostawianych przez turystów śmieci i jedzenia. Trzeba też pamiętać, że dla niedźwiedzi brunatnych granica w Tatrach nie istnieje. Dlatego ich liczba jest zmienna – dziś może być sześć, jutro dwanaście, pojutrze szesnaście, a za tydzień cztery. Jednak przeważnie te, które żyją nad Morskim Okiem, to się trzymają Morskiego Oka.

Spotkania są nieuniknione. Statystycznie rzecz biorąc idąc po tatrzańskich szlakach mam szansę spotkać zdenerwowanego niedźwiedzia. Jak wtedy powinnam się zachować?

Sfilmowałem wiele takich sytuacji. Pewnego razu filmowałem niedźwiedzia brunatnego, który niby nas nie widział, ale nagle zaczął iść w naszą stronę – najpierw powoli, ale stopniowo przyspieszał i już wiedziałem, że robi się niebezpiecznie. Szybko, z kamerą uciekłem do samochodu. Pamiętaj, jednak że niedźwiedź jest drapieżnikiem. Ucieczką drażnisz jego instynkt, który działa na zasadzie – to co ucieka, to trzeba gonić. Zatem ucieczka nie jest zalecana, jeśli nie masz samochodu, który stanowi jakąś klatkę bezpieczeństwa.

Po górach najczęściej chodzę…

Taką sytuację również sfilmowałem. Szliśmy we trzech – dwóch strażników z bronią i ja trzeci z kamerą. Niedźwiedź zasygnalizował chęć ataku, więc my – powoli, krok po kroku szliśmy do tyłu. Niedźwiedź zatrzymał się skonfundowany, bo tak naprawdę nie wiedział, co go czeka. Być może chciał nas jedynie nastraszyć. Jeśli jednak chciał nas pogonić, to widząc, że nie uciekamy, postanowił nie podejmować ryzyka. Niedźwiedź nie jest głupi. Jeśli widzi jelenia to wie, że jak go zabije, to go zje. Człowieka nie zna, bo go nie jadł i nigdy nie atakował. Dlatego zachowując spokój możesz wyjść cało z takiego spotkania. 

Wspomniałeś filmy z niedźwiedziami…

…i nie tylko. Przez kilka lat prowadziłem wytwórnię filmów przyrodniczych Tatra Life. Moje filmy można kupić w Restauracji i Pensjonacie Wanta. Największą popularnością cieszy się dokument o skarbie wydobytym z dna Morskiego Oka. 

sprawdź: Trujący skarb z Morskiego Oka

Podczas wizyty w restauracji można też zaczerpnąć sobie kilka garści „skarbu”, czyli monet, które wydobyto z dna Morskiego Oka podczas wielkiej zainicjowanej przez Ciebie akcji czyszczenia jeziora. 

Można. Wciąż pozostało mi jeszcze kilka beczek monet.

Podobne

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close