fbpx
Top
  >  Polska   >  Ropki – magiczne miejsce w Beskidzie Niskim

Cisza, spokój… Ropki w Beskidzie Niskim to idealne miejsce, by z dala od cywilizacji wypocząć lub pracować zdalnie.

Powracam do Ropek z duszą na ramieniu. Ostatni raz byłam tu ponad 20 lat temu. Ile się zmieniło, czy poznam swoje ukochane miejsca? Samochód zostawiamy w Wysowej Zdroju, stąd ruszamy na piechotę. Kiedyś doszłabym do Ropek z zamkniętymi oczami. Dziś… Na samym początku przegapiłam pierwszy skrót przez Panoramę.
– Trudno, ale za chwilę będzie jeszcze skrót przez las i łąki.
Ten też przegapiłam. Doszliśmy więc asfaltem do tabliczki z napisem „Ropki” – kiedyś tylko po polsku, dziś również po Łemkowsku. Za chwilę, na przełęczy kończy się asfalt. Dalej idziemy szutrem. Jak dawniej panuje tu ta sama cisza. To się nie zmieniło…

Wysiedlona wieś

Kiedyś Ropki liczyły 60 dymów. Zamieszkiwali je Łemkowie. W 1947 roku zostali wysiedleni w ramach akcji Wisła. Zapadła cisza. Docenił ją doktor Jaczewski z Warszawy – pedagog, harcmistrz, dobry człowiek. Założył Jakoś w latach 60 może 70 założył 69 WŻDH, a później po przemianowaniu z 72 WWDH, czyli Warszawskiej Wodnej drużyny Harcerskiej. Mniej więcej w tym samym czasie odkrył Ropki, zbudował tu dom, a że pozostało jeszcze kilka pustych chyżych, jak nazywają się tradycyjne chaty łemkowskie, do jednej z nich sprowadził harcerzy. I tak drużyna spędzała miesiąc na mazurach i miesiąc w Ropkach. Zapisałam się do niej dlatego, żeby jeździć na obozy żeglarskie. Nigdy wcześniej nie jeździłam w góry i wcale mnie nie ciągnęło. Po pierwszym obozie w Ropkach przestałam pływać. Przez kolejne 5-6 lat jeździłam tylko tu – do naszej połemkowskiej chaty w Ropkach.

Akcja Szuflada

Na pierwszym apelu po przyjeździe do Ropek zbierano zgłoszenia do akcji szuflada i akcji pogłębiania oczka. Oczko znajdowało się w strumieniu. To z niego czerpaliśmy wodę do picia i do mycia. Do pogłębionego ujęcia łatwiej było wsadzić wiadro, stąd waga tej akcji. Szuflada znajdowała się w specjalu, a specjal to była nasza sławojka. Szufladę trzeba było wysunąć i opróżnić. Z czego? Domyśl się. Podczas ostatniego wyjazdu specjal już tak zbutwiał, że korzystanie z niego groziło zapaścią. Druhowie postawili więc nowy, w szczerym polu, a wzgórzu, bez drzwi i ścianek bocznych, bo zabrakło drewna. Na szczęście z dachem. Zatem nie chodziłyśmy do niego w dzień i podczas pełni księżyca.

Zimowe poranki

Dziewczyny też miały swoje zajęcie. Musiałyśmy utykać szpary między belkami, żeby uszczelnić chałupę na zimę. Nie zrozumiałam wagi tej czynności do zimowiska w Ropkach, więc się nie przyłożyłam, podobnie jak inne druhny. Przez szpary można było przełożyć rękę. Wtedy najtrudniejsze były poranki. Chałupa wyziębiała się do temperatury otoczenia, co przy temperaturach w okolicy -20 stanowiło sporą uciążliwość. Każdy poranek zaczynaliśmy od gry w marynarza o to, kto wstanie, by napalić w piecu.
To były czasy przełomu, tylko nielicznych stać było na ciepłe śpiwory, ja spałam w klasycznym, komunistycznym śpiworze, który żadnej temperatury nie trzymał. Tak samo zresztą jak reszta drużyny. Mieliśmy jednak na to sposób. W magazynku było bowiem sporo wojskowych koców. Niestety podczas naszej nieobecności zadomowiły się w nich szczury. Trzeba było znaleźć taki najmniej pogryziony i strzepać odchody. Wtedy jeden koc wsadzało się do śpiwora, a drugim okrywaliśmy się z wierzchu i było ciepło.

Cwana gapa

Zimą też utrudnione było dbanie o higienę osobistą. Do strumyka szło się z siekierą, żeby wyrąbać przerębel, w którym można było się umyć. Pewnego razu postanowiłam umyć głowę, wsadziłam głowę i… znasz to uczucie? Lubię wychodzić poza strefę komfortu, jednak kiedy czujesz, ze zaraz pęknie ci czaszka, to znaczy, że osiągnęłam pewną granicę. Od tamtej pory co rano wślizgiwałam się do kuchni, kiedy wachta zajęta była rozdawaniem śniadania. Miałam 15-20 minut, by niepostrzeżenie się umyć. Tylko ja na to wpadłam:) Miło wspominam zimowisko, ale więcej zimą do Ropek nie przyjechałam. Za to zawsze w lecie – przynajmniej na miesiąc.

Pierwsza chata

Pierwsza chyża w Ropkach, bo tak nazywają się łemkowskie chaty, do której wprowadzili się harcerze pozostała jeszcze po akcji Wisła. Nie postała długo. Po kilku latach spłonęła w niewyjaśnionych okolicznościach. Jak wieść gminna niesie, spalił ją nasz sąsiad Landa. Ponoć podejrzewał jednego z harcerzy, że ma romans z jego żoną. Czy to prawda – trudno dociekać. Bez dwóch zdań, Landa słynął w okolicy z krewkiego usposobienia. Do lokalnej legendy przeszedł jego wyczyn z Beskidziej – klasycznej mordowni z Wysowej. Otóż Landa należał do stałych bywalców. Postawił swój wóz pod knajpą i wszedł na małe co nieco. Tymczasem inni stali bywalcy postanowili zrobić mu dowcip i podcięli dyszel. Landa wyszedł, a kiedy po komendzie „wio” koń poszedł, a on został, wziął siekierę i wrócił do przybytku.
– Kto to zrobił? – ryknął.
Nikt się nie przyznał. Wtedy Landa zamachnął się siekierą i porąbał Beskidzką. Tak to bywało.

Landa

Rzadko widywałam Landę, mimo że był naszym najbliższym sąsiadem. Rozmawiałam z nim zaledwie raz, kiedy szedł z Landzichą, czyli jego żoną do Wysowej. Wtedy właśnie śpiewałam razem z przyjaciółką przeboje z Metra. Landa nas zaczepił i coś powiedział. Coś, czemu żadną miarą nie można było przypisać jakiegokolwiek znaczenia. W tym czasie bowiem Landę rozumiała już tylko jego żona i to ona go tłumaczyła. Zanim zaczęła, mu już przybrałyśmy piękny blady kolor, bo kto wie, czy nie rozprawi się z nami jak, nie przymierzając, z Beskidzką. A tu słyszymy:
– Dziewczynki, z takim głosem to do chóru kościelnego powinnyście się zapisać.
Tak, tylko Landa poznał się na moim talencie. W tym czasie bowiem uczyłam się grać na gitarze, co oznaczało, że braki w graniu zagłuszałam śpiewem. Już po pierwszej lekcji drużyna jednogłośnie wysyłała mnie za stodołę. I tak za każdym razem, kiedy brałam się za instrument.

Dom landów w ropkach

Maniek

Nowa stara chata była piękna. Zbudowana z drewnianych bali. Na jednym z nich przy rozecie wygrawerowano datę, o ile pamiętam 1930 rok. Mieliśmy w niej salę kominkową, przy której śpiewaliśmy co wieczór piosenki. Czasem na kominki, bo tak nazywaliśmy nasze wieczory, przychodził Maniek, syn Landów. Nie zawsze chcieliśmy go wpuszczać, ale jeśli nawet zamykaliśmy drzwi to wchodził oknem. Dosłownie. Maniek zaraz po przywitaniu wypytywał o daty urodzenia, wtedy mówił, jaki to był dzień tygodnia, która faza księżyca, ile dni do końca i od początku roku. Wiedział też czyje imieniny były tego dnia. Nigdy się nie mylił. Potem siadał na krześle i przejmował scenę. Maniek nieźle grał na harmonijce, znał dużo piosenek, a podczas ich wykonywania nieznośnie tupał. W tupanie wkładał tyle energii, że kiedy raz zdarzyło mi się siedzieć na tej samej desce, co on walił nogą, dostałam choroby morskiej. Oj, Ropki miały swój klimat…

Korniki

W chałupie były jeszcze dwie kuchnie a na pierwszym piętrze oświecim i pokój Halszki – tak nazywaliśmy pomieszczenia do spania. W nocy, kiedy gasiliśmy świece, bo nie było prądu, słychać było chrobot korników. Tak naprawdę spaliśmy tam tylko w zimie, bo latem rozbijaliśmy namioty przy chacie. Pewnego razu druchowie wynieśli nam namiot. My – druhny obudziłyśmy się pod gołym niebem. Było miło dopóki nie spadł deszcz. Na szczęście przyszedł Skurant i na poprawę humoru przyniósł naszej zastępowej kanapkę z ketchupem. Swoją drogą jestem pewna, że to właśnie on wymyślił całą hecę.

Skurant

Skurant to była osobowość. Czekaliśmy na niego od pierwszego dnia po przyjeździe. Skurant przychodził do nas jak włóczykij do Doliny Mumunków. Nikt nie wiedział kiedy, ale zawsze kiedyś się pojawiał i wtedy życie nabierało barw. Skurant wówczas studiował matematykę, zatem był dla nas – uczniów podstawówki i liceum dorosłym facetem. Do tego wcześniej należał do naszej drużyny, stąd znał każdą leśną ścieżkę wokół Ropek. Zabierał nas więc na wycieczki. Nie łatwo było dorównać mu kroku, ale dzielnie próbowałam. Z czasem zaczęłam doceniać ciszę i pustkę Beskidu Niskiego. Do dziś na szlakach praktycznie nie spotyka się ludzi. Po tym doświadczeniu żadne góry nie smakują tak pięknie.

Gwiazdy

Skurant oficjalnie nie lubił dziewczynek, szczególnie takich jak ja – z podstawówki. Naprawdę jednak to stanowiło świetny pretekst do różnego rodzaju wojen, które kończyły się moim lądowaniem w oczku wodnym. Ale nie to wspominam najprzyjemniej. Bo najpiękniejsze były noce. Kiedy zachodziło słońce, Ropki spowijała absolutna ciemność, w której gwiazdy nabierały niezwykłej trójwymiarowości. Zdawało się, że wystarczy po nie sięgnąć ręką. Podczas siadałam ze Skurantem i z druhną Kasią na ławeczce pod chatą i wspólnie patrzyliśmy w niebo. Godzinami. Na prawdę godzinami. Cała drużyna się z nas śmiała, ale my patrzyliśmy, bo było tak pięknie.

Sztuka specyficzna

Skurant miał wiele zalet. Świetnie czytał mapę, znał góry i Ropki jak własną kieszeń i doskonale nas prowadził szlakami i swoimi skrótami. Miał też niezwykłe poczucie humoru, praktycznie nigdy nie był poważny i niesamowicie bekał. Chętnie dzielił się tą ostatnią umiejętnością z druhami. Ćwiczyli na ganku, albo chodzili do pobliskiej rury wodnej, żeby lepiej niosło. Druhowie całkiem nieźle opanowali tę sztukę, ale daleko im było do Skuranta. On bowiem bekanie podniósł do rangi sztuki. To co z siebie wydobywał brzmiało jak ryk jelenia, do tego trwało czasem do pół minuty.

Rykowisko jeleni

Skurant jednak zawsze chylił czoła przed swoim mistrzem, niejakim druhem Magikiem, który należał do naszej drużyny w czasach jej świetności. Magik stanowił żywy dowód na to, że praktyka czyni mistrza, bo praktykował ponoć codziennie. Wieczorami szedł sobie w las, siadał nad dolinką i bekał. Pewnego razu w dolince rozbili obóz harcmistrze, którzy W Ropkach mieli wówczas swój zlot. Podczas ogniska podsumowującego spotkanie jeden z nich pochwalił się, że przy ich namiotach jelenie urządziły sobie rykowisko. Ówczesny komendant drużyny, doktor Jaczewski, ponoć miał spory dylemat, czy przedstawić harcmistrzom tego jelenia.

Jak zostałam jeleniem

My też poszliśmy pewnego razu poszliśmy tym tropem. Na drugim brzegu strumienia wokół domu doktora Jaczewskiego rozbiła namioty zielona szkoła pewnego warszawskiego liceum. Trzeba było im zrobić jakiś dowcip. Skurant pół dnia chodził w kółko po podwórku przed chatą i głośno myślał. Wieczorem miał gotowy plan – trzeba wywołać panikę w obozie. Ale jak? Za chwilę dostałam do ręki dwie spore gałęzie, Kasię zaś nakrył kocem. Miałyśmy udawać jelenia. Niedoskonałości naszego kształtu, jako jelenia, miała przykryć zasłona czarnej ropkowskiej nocy. W tym czasie chłopcy mieli bekać jak jelenie na rykowisku. Kolejnych kilka godzin zajęła nam nauka bycia jeleniem. Chodziłyśmy w kółko po podwórzu – ja trzymając dwie gałęzie przy uszach a za mną Kasia zgięta wpół, trzymająca mnie za pas i przykryta kocem. Na ławeczce zaś siedziała komisja kwalifikacyjna w postaci Skuranta i druhów. Mówię Ci – nie łatwo jest być jeleniem…

Nocne manewry

Komisja oceniała lekkość kroku, sylwetkę i synchronizację tyłu z przodem. Koniec końców, doszli do wniosku, że nie nadaję się do roli łba, przeszłam zatem na zad. Zadem też byłam nielepszym, podobnie zresztą jak Kasia, więc wróciłam do łba. Kiedy wraz z północą wybiła godzina akcji, podczas odprawy ktoś trzeźwo zauważył, że jest pełnia księżyca… W pełnię księżyca i przy bezchmurnym niebie w Ropkach panowała jasność wystarczająca, by zdemaskować lewego jelenia. Koniec końców chłopcy postanowili bekając poocierać się o namioty. Paniki jednak nie nie było…
Dopiero rano okazało się, że licealiści siedzieli cicho ze strachu przed dzikami!

Babcia Mamroszowa

Naszymi sąsiadami byli również Mamrosze. To jedyna Łemkowska rodzina, która powróciła do Ropek po akcji Wisła. Babcia Mamroszowa tylko raz wspomniała o akcji. Że ją przeżyła. Powiedziała to takim tonem, że bez błędu odczytaliśmy przesłanie – „po czymś takim, nic mnie nie złamie”.
Babcia Mamroszowa co rano sprzedawała nam wiadro mleka, do czasu, kiedy jej krowy stały się eurokrowami i wtedy już mleka nam z jakiegoś powodu sprzedawać nie mogła. Wciąż jednak mogliśmy liczyć na jaja i kury. Z kolei babcia Mamroszowa mogła na nas liczyć przy pracach polowych. Kiedyś zaprosiła nas na przerzucanie siana do stodoły. Chłopcy widłami wrzucali siano, a dziewczynki po nim skakały, żeby ubijać. Zabawa była lepsza niż na trampolinach!
Dziadek Mamrosz niewiele się odzywał. Właściwie w ogóle nie pamiętam, żeby się odzywał. Zawsze gdzieś się krzątał, coś robił w obejściu albo na polu. Sprawiał wrażenie człowieka spokojnego i wyciszonego. Tylko raz go poniosło. Otóż pewnego razu kury Mamroszów nie zniosły jaj. Babcia Mamroszowa zrobiła więc Dziadkowi jajecznicę z kupnych. Ten tylko spojrzał na talerz.
– Co takie blade?
I cisnął nim o ścianę. Babcia Mamroszowa więcej jajek już nie kupowała.

Znalazłam chatę!

Współczuję Pawłowi. Idziemy przez Ropki, a ja ciągle gadam. Każde miejsce przypomina mi przecież jakąś historię. Boję się tylko, że nie trafię w miejsce, gdzie stała nasza chata, bo samej chaty też dawno już nie ma. Hufiec przekazał ją innej drużynie, a ta zaimpregnowała ściany jakimś rakotwórczym specyfikiem, którego nie można było usunąć. Chyża została opuszczona. Jeszcze z 15 lat temu widziałam ją czarną ze starości, z zapadniętym dachem. Namierzenie tego miejsca utrudnia fakt, że wszytki punkty orientacyjne w postaci domów, płotów, albo zniknęły, albo się zmieniły. Na szczęście zauważam dwie przydrożne kapliczki. To tu. Za tymi kapliczkami stała nasza chata. Idziemy na dawne podwórko, a tam na budowę domu czeka wylewka. Ostatkiem sił trzyma się jeszcze stodoła. Droga nad strumyk zarosła chaszczami, ale można przejść. Idziemy. Mimo lat, wciąż zachował się zarys oczka.

Bziany Las

– Może usiądziemy na chwilę na wzgórzu po drugiej stronie strumyka? – pytam Pawła.
To było moje ulubione miejsce. W czasie wolnym często przychodziłam tu, po prostu posiedzieć i popatrzeć na Ropki, albo poturlać się z górki. Ale wtedy przez kolejny dzień byłam trochę obita.
Paweł i Tosia idą za mną. Siadamy na łące. Przed nami Bziany Las. Kiedy tu przyjechałam na pierwszy obóz pasły się tu owce tutejszego PGR-u. Kilka lat później PGR zamknięto, a owce znikły. Na Bziany Las drużynowi wysyłali druchów na misje karne. W nocy z granicy łąki i lasu trzeba było nadać alfabetem morsem komunikat. Wysłano mnie tam jeden raz, po tym jak postanowiłam z koleżanką udawać ducha. W moim przypadku wykonanie zadania znacznie utrudniała nieznajomość morse’a…
– Tu spędzałam najpiękniejsze wakacje…
– Zjeździłaś tyle świata, a wracasz myślami do tego miejsca…

Cmentarz

Nie wiem też, czy odnajdę dawny cmentarz w Ropkach. Wtedy ukryty był w gęstwinie drzew i malin. Chodziłam po przewalonych nagrobkach i palcami próbowałam odcyfrować napisy. Dziś? Widać go z daleka. Pięknie go wyremontowano, oczyszczono, przerzedzono… Pośród starych grobów widzę jeden nowy. Podchodzę. Czytam. Doktor Lucjan Jaczewski, zmarł w 2020 roku, pedagog, harcmistrz, Warszawiak, obywatel Ropek z wyboru…

To tylko kilka opowieści z Ropek. Jeśli znasz to miejsce, napisz, opowiedz o swoich wspomnieniach.

Informacje praktyczne

Dojazd

Najwygodniejszy z Wysowej Zdroju. Możesz tak jak my – zostawić samochód w Wysowej i zrobić pętlę z Wysowej przez Ropki, Ostry Wierch, Białe Skały z powrotem do Wysowej

Noclegi

W Ropkach powstało sporo gospodarstw agroturystycznych. Mijaliśmy też domki letniskowe. Na szczęście wioska jest długa i mimo, że wciąż się rozbudowuje, panuje tu cisza i spokój.

Oto kilka wybranych adresów:

Swystowy Sad 
Gospodarstwo Agroturystyczne Siwiejka
Stara Farma
W Ropki
Ropki Dwór Rajdany
Beskid Masala
ManiChatki

Jestem włóczykijem, dziennikarką i antropologiem kultury. Na blogu dzielę się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, miejscach, zwyczajach, sztuce oraz praktyczne informacje.

post a comment

Close