Francja

Kronika Kwarantanny – Francja, Włochy i Niemcy w pandemii

Już nie ma bezpiecznych miejsc. Prawdopodobnie każdy zachoruje na COVID-19. Ja też, jeśli tak zostało […]

Kronika Kwarantanny – Francja, Włochy i Niemcy w pandemii

| |

Już nie ma bezpiecznych miejsc. Prawdopodobnie każdy zachoruje na COVID-19. Ja też, jeśli tak zostało mi zapisane. Co ma być to będzie, pomyślałam i ruszyłam w Europę. Tak rozpoczęły się moje wakacje w pandemii.

Nadszedł moment, że słupki zachorowań przestały robić na mnie wrażenie. Przyzwyczaiłam się do płynu dezynfekującego w każdej torebce i maseczek w każdej kieszeni. Pozornie bezpieczna znowu podziwiam ten Ale Piękny Świat.

Ślepy los

Lekarze informują, że koronawirus traci swą zabójczą moc, ale staje się coraz bezwzględniej zaraźliwy. Wystarczy przejść obok niego, by zachorować. Ale też można zachorować i z dużą dozą prawdopodobieństwa nigdy się o tym nie dowiedzieć. Albo jak Żenia – zachorować, zrobić test na obecność wirusa, który daje wynik negatywny.
– Kiedy ustąpiły dolegliwości typowe dla COVID-19 zrobiłem kolejny test, który wykazał, że mam antyciała.
Koronawirus to loteria – na kogo wypadnie na tego bęc. Jest wszędzie, podobnie plansze przypominające o obowiązku noszenia maski i potrzebie mycia rąk.

Kawa w Norymberdze

Pierwsza kawa o poranku w Niemczech podczas wakacji w pandemii. Niewielka restauracja przy głównej ulicy norymberskiego starego miasta. Zamawiam, płacę, a wraz zresztą dostaję do wypełnienia kartkę z numerem stolika i godziną przybycia.
– Proszę tu dopisać swoje imię, nazwisko i numer telefonu.
Pani podaje mi długopis. Dopisuję. Pani bierze kartkę z długopisem i nie widzę, żeby go dezynfekowała, po czym zabiera się za obsługę kolejnego klienta…

Najstarszy zawód świata

Zabezpieczają się również panie pracujące w oknach norymberskiej dzielnicy czerwonych świateł. W oknach obok numeru telefonu umieszczają karteczki z informacją, że potencjalny klient musi zachować odstęp co najmniej jednego metra…

Włochy z kartą

Mieszkańcy małego Entratico maski noszą nawet na pustej ulicy. Przed wejściem do restauracji właściciel celuje w nas termometrem. Możemy wejść. Dezynfekujemy dłonie, potem je myjemy w bezdotykowej łazience. Tak, bezdotykowej, bo wodę włącza się za pomocą specjalnych przycisków zamontowanych przy ziemi.  Zamawiam kawę, jeśli zapłacę gotówką, cena wynosi 2 euro, jeśli kartą doliczą 1 euro. Dlatego wszyscy płacą gotówką. Włosi zważyli bowiem ryzyko. Na monetach i na pieniądzach koronawirus znajduje się potencjalnie, natomiast od każdej transakcji kartą muszą płacić całkiem namacalną prowizję…

 

Francuska panika

Walczy o pierwsze miejsce w europejskich statystykach zakażeń. Bezwzględną walkę koronawirusowi wydają billboardy informujące o obowiązku noszenia maski. Na wyświetlaczach autobusów, co chwila pojawia się informacja, że bez maski nie pojadę.

Generalnie w Nicei donikąd nie chcę jechać, kupuję oliwki na targu kwiatowym i idę na promenadę Angielską. Na szerokim deptaku w bezpiecznej odległości patrzę na niezamaskowane twarze. W Nicei nikt sobie nic nie robi z obowiązku noszenia masek. Wrażenia nie robią też patrole policyjne na ulicach. Ale w innych miastach już jest inaczej.

Miejsca publiczne

Kolejki do piekarni stały się we Francji standardem. W sklepach wprowadzono ograniczenia, co do ilości przebywających wewnątrz osób i są egzekwowane – przynajmniej w Dijon, Lyonie i w Montpelier.

– W naszej kawiarni może przebywać najwyżej 10 osób lub kilka grup po dziesięć osób, jeśli weszły jako grupy – mówi w luźniej rozmowie menagerka jednej z kawiarni. Kiedy jednak proszę ją o wywiad, sztywnieje. – Chcesz się zapoznać z regulacjami, zajrzyj na oficjalną stronę Francuskiego Ministerstwa Zdrowia.

Edukacja

Le Cassissium to niezwykłe muzeum poświęcone… czarnej porzeczce. Ekspozycja jest w pełni interaktywna. Na każdej sali znajdują się ekrany dotykowe, wszystkiego mogę dotknąć, każdą szufladę albo drzwi otworzyć.
– Na początku zadecydowaliśmy, że wyłączymy ekrany i uniemożliwimy otwieranie ukrytych gablot – mówi Aurora z działu promocji. – Szybko jednak zdaliśmy sobie sprawę, ze to nie zatrzyma epidemii. Tak naprawdę najważniejszą rzeczą jest edukacje. Przypominanie zwiedzającym, że musza dezynfekować ręce. 
Dlatego obecnie wszystko działa tak jak przed pandemią, z tą różnicą, że wszędzie stoją buteleczki z żelem antybakteryjnym.
– Zadziałało. Widzimy, że ludzie zaczęli zwracać uwagę na higienę. Nie tylko na terenie naszego muzeum. I o to nam chodziło.

Apokalipsa

Niewiele sklepów i hoteli przetrwało kwarantannę w Lourdes. Błądzę po ulicach i liczę, ile drzwi pozostało otwartych. Niewiele. Są ulice, gdzie wszystkie zabito deskami. Nieco lepsza sytuacja panuje na głównej ulicy do sanktuarium. Tam działa co trzeci, co czwarty biznes. 
– Nie wiem, jak to przetrwamy – mówi Chez, właścicielka jednego z hoteli. – Lourdes żyje przede wszystkim z grup, które rezerwują pobyty z rocznym wyprzedzeniem. Przez kwarantannę wszystkie zostały odwołane. Nie powstają też nowe rezerwacje, a to z prostego powodu. Nikt nie potrafi przewidzieć jaka będzie sytuacja za rok i czy w ostatniej chwili nie zostaną odwołane przeloty. Sama wiesz, że linie lotnicze niechętnie zwracają pieniądze za niezrealizowane loty…

Cudów nie ma…

Sanktuarium w Lourdes słynie z cudów, ale też realnie stąpa po ziemi. Również wdrożyło swoje własne zabezpieczenia. Na całym jego terenie – zarówno w bazylice jak i w kościołach czy na powietrzu, obowiązuje bezwzględny nakaz noszenia maski. Nie można już zanurzyć się w wannach z uzdrawiającą wodą. Wciąż jednak można nabrać cudownej wody z kranów przy samej Bazylice. 
– Przecież to nie woda uzdrawia, ale wiara w jej moc. Jeśli wierzysz, łyk wody z kranu ci pomoże.
– Trzeba uwierzyć – potwierdza to ksiądz. 
Przy drzwiach bazyliki misa na święconą wodę jest sucha, obok niej, na stole stoi żel antybakteryjny. Grota, gdzie miało miejsce objawienie została oddzielona sznurem. Można jedynie siedzieć na ławach w oznaczonych białą kropką miejscach. Albo stać. Również w oznaczonych miejscach. Część domu pielgrzyma zostało udostępnione osobom przechodzącym kwarantannę.
Podobnie jest zresztą w pozostałych kościołach.

 

Krajobraz bitwy

W masce czuję się jak średniowieczny rycerz, który rusza na pojedynek. Mój wróg znajduje się wszędzie – w toalecie, na ekspresie do kawy, na klamce, w złej i dobrej monecie. I tak jak średniowieczny rycerz, wierzę że ta maska uratuje moją głowę, jeśli wirus wymierzy we mnie cios. Tak, człowiek lubi mieć to wrażenie, że panuje nad sytuacją. Czy tego chcę czy nie chcę, gram z koronawirusem w ciuciubabkę i łudzę się nadzieją, że jeśli będę przestrzegać antycovidowych nakazów, zachowam zdrowie. A koronawirus patrzy na mnie z boku i zapewne do rozpuku się śmieje…

Galeria

Udostępnij

Podobne

Spodobał Ci się wpis?
Polub mnie na Facebooku i pozostańmy w kontakcie:)

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close