Francja

Świat jest mały!

UdostępnijFacebookTwitterPinterest Choćbyśmy byli na końcu świata, zawsze istnieje ryzyko, że spotkamy kogoś znajomego. A jeszcze […]

Świat jest mały!

| | | |

Udostępnij

Choćbyśmy byli na końcu świata, zawsze istnieje ryzyko, że spotkamy kogoś znajomego. A jeszcze bardziej prawdopodobne — że znajomego naszego znajomego.

To było kilka tysięcy kilometrów stąd. A tak bardziej precyzyjnie – w Turcji. Siedziałam sobie przed namiotem i przygryzając lokum, patrzyłam jak sąsiadka walczy z kuchenką gazową.
– Can I help You?
– No, Thank You. My friend will get back in the moment – odpowiedziała.
I tak zaczęłyśmy rozmawiać o urokach podróżowania po Turcji.
– Where are You from, by the way – chcę umieścić na mapie tego ciekawego człowieka.
– From Poland.
– No tak…

Wspólni znajomi

Później okazało się, że dziewczyna jest z Warszawy i mieszka na tej samej ulicy, co moja najlepsza koleżanka ze studiów.
– Może się znacie?
Tak. Znały się. Z podstawówki. Przez kilka lat siedziały w jednej ławce. Moja koleżanka sprawiła, że dziewczyna – nazwijmy ja Magda – postanowiła zdawać na etnologię i uwaga – dostała się! Zatem nawet nie musimy się wymieniać telefonami, bo i tak nie raz wpadniemy na siebie na korytarzu wydziałowym.
– A może znasz moją kumpelę, z którą podróżuję? Ona studiuje archeologię. – zapytała Magda. Skąd mam znać? Uniwerek duży, archeologię od etnologii dzielą jakieś 4 przystanki autobusowe. Za chwilę przychodzi wspomniana koleżanka. I co? Znałam ją! To była jedyna osoba z archeologii jaką wówczas znałam. I do tego szczerze znienawidzona za podnoszenie poziomu zajęć z łaciny. Przez nią zmieniłam grupę z południa na 9 świtu. Przez pół roku jak zombi, karnie chodziłam na zajęcia i z równym bohaterstwem walczyłam ze snem i dziełami Juliusza Cezara. Na szczęście wszystko wskazywało na to, że dziewczynę zafascynował turecki do tego stopnia, że prawdopodobnie od przyszłego semestru zacznie siać popłoch na orientalistyce.

Libańskie łakocie

Kolejne spotkanie. Tym razem w Paryżu. Zabłądziłam, zgłodniałam i zobaczyłam ciastkarnię „La Noura”. Zajrzałam do środka. Wypieki nie kojarzyły mi się z Francją. Zatem z czym? Po drugiej stronie ulicy była restauracja, również „La Noura”. W menu wywieszonym na szybie czytam: tabuleh, fatush… Libańska restauracja! Świetnie, zostaję! W podróżach ostatnia rzeczą na jaką zwracam uwagę to jedzenie, bo ani specjalnie lubię jeść, ani specjalnie mnie to interesuje. Wyjątek stanowi kuchnia libańska. Uwielbiam te smaki! Weszłam zatem do środka i napisałam SMS-a do mojej serdecznej koleżanki z Bejrutu: „Pozdrowienia z Paryża, właśnie jem obiad w libańskiej restauracji”. „Jeśli ta restauracja nazywa się la Noura, pozdrów menadżera – to przyjaciel naszej rodziny” – odpisała Libanka.

Znajomości międzypokoleniowe

Czasem spotkania obierają formę serii. W moim przypadku pierwsze ogniwo łańcucha zdarzeń zamknęło się w Tbilisi. Właśnie siedziałam w przemiłym hostelu, gdzie w cenę noclegu wliczone było wino. Korzystałam z tego wraz z grupą wrocławskich studentów. W trakcie wieczoru kilka razy przewinął się temat wymiany telefonów, ale jak to bywa w takich sytuacjach, szybko rozpłynął się w kolejnych szklankach. Rano już na siebie nie wpadliśmy. Za to dwa tygodnie później – a i owszem. Tym jednak razem, nauczeni doświadczeniem, wymieniliśmy się telefonami, zanim zaczęliśmy pić. I tak z Michałem i Gosią pozostaliśmy w stałym kontakcie. Kilka lat później zaprosili mnie na swój ślub.
– Wynajęliśmy ci pokój w takim hoteliku. Zatrzyma się tam również Ela, którą poznaliśmy podczas pielgrzymki do Santiago de Compostela – poinformował mnie Michał.
– Jestem z Mazur – powiedziała mi Ela, kiedy się spotkałyśmy.
– a konkretnie?
– Mieszkam w okolicach Mrągowa.
Też mi konkret! Od dziecka jeżdżę na Mazury. Znam praktycznie każdą wioskę na szlaku Wielkich Jezior. Więc?
– Znasz Ryn?
– Jasne, że znam! Mój tata przez wiele lat trzymał tam swoją łódź, a znasz Zenka?
Zenek to kolega mojego taty, który doglądał łodzi, kiedy nas nie było.
– Jasne, to mój bliski przyjaciel!
Jak się później okazało, Ela znała również mojego tatę…
W ten właśnie sposób, sprawą podróży, oplatamy świat siatką kontaktów i znajomych. Z każdą wyprawą splot się zagęszcza, a my stajemy się bardziej świadomą częścią świata.
A Wy? Jakie przydarzyły się Wam spotkania?

4 thoughts on “Świat jest mały!

  1. W Tbilisi nadzwyczajnych zbiegów okoliczności było więcej. Gdy powiedziałaś, że byłaś w Libanie, przypomnieliśmy sobie o naszej znajomej, która przed pierwszym wyjazdem do chłopka do Libanu, pełna obaw i niepewności, szukała w internecie kogoś, kto już tam był i chciała się poradzić, znaleźć dobre słowo, które obróci w pył wszelkie jej obawy. Mówiła, że znalazła tylko jedną dziewczynę w Warszawie, której pozytywny mail rozwiał wszelkie wątpliwości. Byłaś to Ty:) My spotkaliśmy się w Tbilisi, a znajoma Ola poznała Ciebie na naszym weselu. A Ty Charbela, Libańczyka od którego cała epopeja się rozpoczęła i historia zatoczyła krąg.Michał

    1. Na Waszym weselu poznałam też Elę, którą Wy spotkaliście na Camino de Santiago. Różniej się okazało, że jest ona przyjaciółką dawnego ucznia, a teraz serdecznego kolegi mojego taty:)

  2. W 2008 roku odwiedziłem (nieistniejącą już dziś) ambasadę RP w Phnom Penh. Pracował tam świetnie mówiący po polsku Khmer. Studiował w Polsce muzykologię, był dyrygentem, ale przez wiele lat był też związany z polskim MSZ. Okazało się, że jego pierwszym nauczycielem polskiego był mój ulubiony wykładowca z łódzkiej polonistyki. Po powrocie opowiedziałem wykładowcy o tym spotkaniu. Mimo że w swojej karierze uczył ludzi z całego świata doskonale pamiętał khmerskiego młodego muzyka, który w latach osiemdziesiątych przyjechał do Polski ze zniszczonej wojną Kambodży. Było też dla niego pewnym zaskoczeniem, że chłopak skończył po latach w polskiej dyplomacji, bo mimo świetnego słuchu raczej dobrze nie rokował, jeśli chodzi o opanowanie naszego języka �� Skwitował to zdaniem, że jest to chodzący dowód, że w dydaktyce nie ma przypadków beznadziejnych nawet jeśli nauczycielowi tak się wydaje ��

Comments are closed.

Podobne

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close