Ameryka Łacińska

Brutalna dobroczynność, czyli wolontariat w Gwatemali

UdostępnijFacebookTwitterPinterest Dobroczynność to przemysł, który często kieruje się prawami rynku, a nie potrzeb. Tak przynajmniej […]

Brutalna dobroczynność, czyli wolontariat w Gwatemali

| |

Udostępnij

lanquin w Gwatemali
Dobroczynność to przemysł, który często kieruje się prawami rynku, a nie potrzeb. Tak przynajmniej wygląda wolontariat w Gwatemali…
Rozmowa między moimi koleżankami z UNESCO, które odbywają wolontariat w Gwatemali.
– Byłaś już porwana przez encapuchados?
– W zeszłym roku. Zgarnęli nas z domu i wywieźli na cały dzień. A ty?
– Wszystko przede mną. Bardzo się boję.
– Jak się nie będziesz stawiać, to nic się nie stanie…
Przystaję i uszom nie wierzę. Słowo encapuchados oznacza gości w kominiarkach ze złymi lub bardzo złymi zamiarami. Ponoć mają je porwać z domu. Z drugiej strony mieszkam u nich od tygodnia i wiem, że ich dom to twierdza. Ich osiedle w Ciudad Guatemala otaczają mury pociągnięte jeszcze drutem kolczastym. Każda z nich ma swojego osobistego taksówkarza na zawołanie przez całą dobę. Tylko on ma prawo je wozić po mieście. Raz zamówiły go dla mnie. Facet nie chciał mnie wziąć. Bał się.
– Skąd więc się wezmą encapuchados?
– Stróż ich wpuści. To element treningu na wypadek prawdziwego porwania. – tłumaczy Ana. – Każdy wolontariusz z naszej organizacji w Gwatemali pewnego dnia zostaje porwany w ramach ćwiczeń – dodaje.
– Zakładają ci worek na głowę i wywożą gdzieś za miasto – wspomina Sophie. – Ale czasem ludzie za bardzo się wczuwają, a wtedy może przydarzyć się zawał serca, jak ostatnio…

Rozdziały i podziały

Sophie mieszka w Gwatemali już pół roku, Ana dopiero miesiąc. Dziewczyny mają tu pełne ręce roboty. Taksówkarz odstawia je do biura o świcie i odbiera późnym wieczorem. Przez cały ten czas dziewczyny pomagają. Z biura rozdzielają granty na najbardziej palące potrzeby społeczne, żywo interesują się prawami kobiet gwatemalskich i innymi problemami dotykającymi społeczność. 
– I nie wychodzicie na ulicę?
– No weź! Przecież to niebezpieczne i wbrew zasadom. Po przyjeździe na wolontariat w Gwatemali musiałyśmy podpisać zobowiązanie, że nigdzie nie będziemy się poruszać na własną rękę.
– Ale w ten sposób nie znacie lokalnych potrzeb. Możecie rozdać telefony komórkowe ludziom, który mieszkają poza zasięgiem sieci telefonicznych, a komputery dzieciakom, które nie mają dostępu do prądu i internetu.
– I tak się zdarza… – Conrado do tej pory milczał, ale nie wytrzymał. – Granty przede wszystkim utrzymują organizacje i ich pracowników. Do potrzebujących trafia 10-30% pieniędzy.

Walka z przeznaczeniem

Conrado nie obowiązują zakazy narzucane wolontariuszom w Gwatemali. Ciągle szwenda się po mieście, nawet pracuje w terenie. Przez ostatnich kilka miesięcy w slumsach Ciudad Guatemala dla Czerwonego Krzyża.
– Uczyliśmy ich, jak się przygotować na wypadek klęski żywiołowej. I wiesz, co mówili miejscowi podczas zajęć?
– Nie mam pojęcia.
– „Como dios quiere”, czyli wszystko w rękach Boga! Tego nie da się przeskoczyć! Mówią „como dios quiere” i rozkładają ręce. Nie byłem w stanie ich przekonać do zrobienia jednego, durnego węzełka, który może uratować im życie.
– Jakiego węzełka?
– Niewielkiej foliowej torebki w której byłaby mąka, woda i suche ubranie, czyli wszystko, co pozwoli im przeżyć pierwsze 24 godziny po powodzi czy innej klęsce żywiołowej, zanim nadejdzie pomoc. Przez ostatnie miesiące nie byłem w stanie ich przekonać, by ten węzełek zawiesili na sznurku u sufitu. I żeby tam sobie po prostu wisiał na wszelki wypadek.
– Ale dlaczego nie chcieli tego zrobić?
– Bo jeśli Bóg zechce, to ich ocali, nawet jeśli się nie przygotują. A jeśli nie zechce to, choćby mieli ten woreczek, to i tak zginą. Więc po co im zawracamy głowę?
– Faktycznie bez sensu…
– Zgadzam się! Więc pewnie dlatego, kilka dni temu ktoś do nas podszedł i powiedział, że mogą nas chronić jeszcze tylko przez miesiąc, a potem mamy sobie iść, bo nas nie potrzebują.

Przesycenie dobrocią

Sary też nikt nie chciał słuchać.
– Oni już mają dosyć organizacji pomocowych. Biali ciągle im zawracają głowę, zapraszają na spotkania. Indianie nie mają na to czasu.
– Kiedyś było inaczej?
– Jeszcze kilka lat temu coś można było z nimi przepracować. Dziś przyjdą na spotkanie tylko jeśli mamy jakieś ciasteczka albo prezenty. A przecież nasz grant był naprawdę bardzo potrzebny!
Sara przyjechała do Gwatemali jako wolontariuszka AmericanAid. Jej głównym zadaniem było przekonanie kobiet do gotowania na kuchenkach żeliwnych.
– Widzisz, tu ciągle gotuje się nad otwartym ogniem. Domownicy wdychają tlenek węgla i się podtruwają. Najgorsze spustoszenie dym czyni w organizmach niemowląt. Maluszki wdychają go przywiązane w chustach na plecach matek.
Założenie AmericanAid jest takie, by wolontariusze mieszkali w lokalnej społeczności. Zatem Sara oprócz wtłaczania Indianom kuchenek, pomagała w codziennych sprawach.
– Kiedy trzeba było kogoś zawieźć samochodem, przeczytać instrukcję…
– Czyli twój wyjazd miał jednak jakiś sens.
– Może i miał, ale co z tego?

Wolontariat to przygoda!

Nie łatwo zakwalifikować się do AmericanAid. Sara musiała wykazać się odpowiednim CV, po czym przejść kilkustopniowe egzaminy. Anthony’emu wystarczyła odrobina kolonialnej wyższości, którą wzbudziła w nim litość na widok indiańskiego domostwa w okolicach Antigua. Miał też sporo zapału i fantazji don Quijote, która sprawiła, że postanowił zmienić indiańską rzeczywistość. I w ten sposób zapisał się do szkoły hiszpańskiego, gdzie w ramach zajęć organizowane są wolontariaty. Anthony jeździ zatem do miasteczek wokół Antigua i rozdaje damskie ubrania Indiankom. Nie skojarzył, że tu kobiety noszą tylko swoje tradycyjne stroje.
– Rozdawałem też lekarstwa.
– Na specjalne zamówienie?
– Nie, z pudła. Indianki brały sobie garściami i szły.
Co mam mu powiedzieć? Że wokół Antigua ludzie naprawdę dobrze żyją w porównaniu do mieszkańców wiosek zagubionych w dżungli. Tylko że Anthony nigdy tam nie dotrze, bo za daleko, bo zbyt niebezpiecznie. Zatem Anthony świat Gwatemalczyków będzie porównywał do swojego, a wtedy zawsze stanie nad przepaścią. Przecież tu nawet członkowie klasy średniej nie zawsze mają pralkę w domu i normalną kuchnię, co dopiero średniozamożni Indianie. Ale czy żyje im się źle, czy po prostu taki mają styl ?

Pułapka ekologiczna

Wolontariuszy poszukują też organizacje proekologiczne. Na tablicy korkowej w hostelu w Antigua Guatemala wisi mnóstwo ogłoszeń z ofertami pracy za darmo na najróżniejszych plantacjach. Zapłatą jest wdzięczność matki ziemi i równoległych kosmosów. Wolontariusze uprawiają zatem kawę, orzeszki makadamii albo inne rośliny. Następnie robią z nich ekologiczne kosmetyki, cieszące się niemałym wzięciem wśród najbogatszych mieszkanek Zona Rosa w Ciudad Guatemala.
Isabel pracowała na takiej właśnie plantacji. Miała wikt, opierunek i medytacje raz dziennie o zachodzie słońca. Dziewczyna była zachwycona, właściciel plantacji też…
Galeria

2 thoughts on “Brutalna dobroczynność, czyli wolontariat w Gwatemali

Comments are closed.

Podobne

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close