bambusowy rower

Podróżowanie po Węgrzech od strony praktycznej

Podróżowanie po Węgrzech to czysta przyjemność. Wiemy, jak uczynić ją jeszcze przyjemniejszą! Na Węgrzech trudno […]

Podróżowanie po Węgrzech od strony praktycznej

| | |

Podróżowanie po Węgrzech to czysta przyjemność. Wiemy, jak uczynić ją jeszcze przyjemniejszą!

Na Węgrzech trudno nie poczuć się jak w domu. Przejeżdżając przez małe miasteczka, czułam się jak w Mazowieckim. Wjeżdżając zaś do dużych miast – jak w Małopolsce. Kiedy zaś wynajmowałam pokoje – jak w domu.
– Tylko jakieś 20 lat temu – muszę doprecyzować, czułym wzrokiem spoglądając na boazerię na kwaterze w Tokaju, którą doskonale pamiętam z dziecięcych lat.
Domową atmosferę zapewniali też ludzie, zawsze uczynni, zawsze uśmiechnięci, choćby o Polsce wiedzieli tylko tyle, że my to jak dwa bratanki – i do szabli i do szklanki!
Żyjemy przecież wspólną przeszłością, budujemy przyszłość na podobnej szerokości i długości geograficznej, na bazie tego samego kodu kulturowego. Niby zatem wszystko to samo. Ale jednak! Jest kilka rzeczy, które warto wiedzieć, zanim ruszysz w podróż.
Węgry, festiwal wina w Egerze

Wino

Na trasie mojej podróży po Węgrzech płynęło szerokimi strumieniami. Jego źródła biły dosłownie wszędzie. Jednak te najlepsze brały swój początek nie w sklepie, lecz w piwniczkach, wydrążonych w tufowych skałach. Podczas naszej podróży rowerowej z Egeru do Tokaju i z powrotem natrafialiśmy na nie wszędzie – zarówno w miastach, jak pośrodku winnic, czy wzdłuż dróg. Jednak najprzyjemniej degustowało nam się w Egerze, w Dolinie Pięknej Pani. Każde spotkanie z węgierskimi winami zaczynało się od kieliszka. Potem na stole lądował kolejny kieliszek, w międzyczasie do stolika przysiadali się zazwyczaj jacyś Węgrzy, którzy z każdym kolejnym kieliszkiem mówili coraz bardziej zrozumiale. Kilka razy trafiłam na prawdziwie anielski trunek, wtedy zamawiałam litrową butelkę plastikową. Bo tak właśnie na Węgrzech sprzedaje się wino prosto z beczki.

Śpiew

Już po pierwszym kieliszku węgierskiego wina, zaczynam się czuć jak motyl. Tak kolorowo i lekko. Z każdym kolejnym łykiem zaczynam stopniowo odrywać się od ziemi i unosić na falach dźwiękowych wysyłanych w przestrzeń przez cygańskich muzyków.
Tego wieczoru cygańscy muzycy z wyjątkowym zaangażowaniem akompaniowali gościom z sąsiedniego stolika.
– A gdyby tak zagrali dla nas? – rozmarzył się towarzysz podróży.
Wiedział jednak, że nie wie ile to kosztuje. Ale od czego koniec języka! Poszedł zatem do barmana i za chwilę już wiedział.
– Cyganom płaci się 1000 forintów – mówiąc to, przywołał kapelę do naszego stolika. Kiedy Cyganie zaczęli grać pierwszy kawałek, Selim odliczył odpowiednią sumę i od razu wręczył pieniądze. Cyganie wzięli forinty i… sobie poszli.
W ten sposób się dowiedział, że Cyganom nie wolno płacić od razu!

Kuchnia

Podczas podróżowania po Węgrzech głodować nie będziesz. Bary i restauracje są wszędzie i zawsze serwują smaczne jedzenie. Pewności co do tego nabraliśmy w Miszkolc Taploca, gdy zamówiliśmy danie dla dwóch osób. Rzeczywiście, wystarczyło na nas dwoje. Przez kolejne dwa dni.
– To może zacznijmy zamawiać jedną porcję na dwoje? – Zaproponował towarzysz podróży.
Zgodziłam się, bo nie lubię marnować jedzenia. Zaczęliśmy więc zamawiać pojedyncze porcje i… Za każdym razem po konfrontacji z węgierskim talerzem, wychodziliśmy z restauracji na tarczy – wciąż przejedzeni. Tym, co  nam przynosili kelnerzy można było obdzielić kilku jeszcze rowerzystów, po całym dniu jazdy pod górkę i z górki. Cóż, węgierskie porcje stworzono nie dla ułomków!

Ścieżki rowerowe

Po sutym posiłku, nogi same rwo się w drogę. Energia rozpiera, sił starczyłoby na maraton i… dobrze. Na trasie Eger – Tokaj trasy rowerowe są praktycznie wszędzie. Nie zawsze są to nowoczesne, wyłożone kostką drogi. Ale są. Bardzo byliśmy zaskoczeni ich ilością, bo przez cały wyjazd spotkaliśmy jednego węgierskiego rowerzystę. Zatem tu buduje się trasy rowerowe z automatu i to jeszcze od czasów zamierzchłej, komunistycznej przeszłości. Szczególnie malownicza trasa prowadziła wałem wzdłuż rzeki Tisa. Blisko sto kilometrów praktycznie niezmąconych obecnością człowieka, samochodu ani skrzyżowania. Zatrzymywaliśmy się, żeby podziwiać z jednej strony las, z drugiej wielki połacie pól. Od czasu do czasu drogę przebiegały nam sarny i zające. 

Pranie

Nasz wyjazd nie składał się tylko z jedzenia, picia wina i słuchania cygańskiej muzyki. Przede wszystkim jeździliśmy na rowerze. Wyciskaliśmy z siebie siódme poty na trasach rowerowych i nie tylko. Owiewał nas wiatr, pył przyklejał się do skóry i do ubrania. Wieczorami zjeżdżaliśmy na nocleg z jedną myślą w głowie:
– Ach, jak przyjemnie… Byłoby to wszystko uprać.
Od razu w głowie pojawiały mi się obrazki z miasteczek Gwatemali, gdzie na każdym rogu działał przybytek zwany „Loundry service”. A na Węgrzech? Na pewno to kwestia słabych okularów, że nigdzie na horyzoncie nie widzę ani pralni ani pralki.
– Ty też się rozglądaj – mówię po kilku dniach bezowocnego wypatrywania. Niepotrzebnie. Towarzysz podróży równie silnie co ja, czół potrzebę zanurzenia ubrań w środkach myjących. I nic. Na naszej drodze mijaliśmy jedynie sklepy pachnące chemią gospodarczą lub…
– …armatura łazienkowo-kuchenna.
– Co przeczytałeś? Powtórz!
– Armatura…
– Mam pomysł!
Zatrzymujemy rower. Wchodzimy do środka. Za chwilę dowiaduję się, że korki do zlewów i umywalek mają trzy rozmiary. Kupiłam po jednym z każdego. Wieczorem zrobiliśmy wielkie, wymarzone pranie. W ten sposób udowodniliśmy trzy tezy. Pierwszą – że Polka potrafi, drugą – że Polak też i trzecią – że szczególnie dobrze im to idzie, kiedy piętrzą się przed nimi przeciwności losu!
Galeria

Udostępnij

Podobne

Spodobał Ci się wpis?
Polub mnie na Facebooku i pozostańmy w kontakcie:)

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close