Polska

Lustro Twardowskiego i inne skarby Mazowsza

UdostępnijFacebookTwitterPinterest Chciałam zobaczyć magiczne lustro mistrza Twardowskiego w węgrowskiej fary. Już po pierwszej rozmowie okazało […]

Lustro Twardowskiego i inne skarby Mazowsza

|

Udostępnij

Chciałam zobaczyć magiczne lustro mistrza Twardowskiego w węgrowskiej fary. Już po pierwszej rozmowie okazało się, że to najmniej ciekawy skarb Mazowsza na mojej trasie…

Odkąd pamiętam, zawsze ciągnęło mnie do różnych czarów i marów. Nie raz marzyła mi się podróż na księżyc w towarzystwie mistrza Twardowskiego. Na księżyc już pewnie się nie wybiorę, ale zawsze mogę ruszyć mu na spotkanie. Siadam zatem na rower i jadę.  

Zaskoczenie

Kościół to ostatnie miejsce, w którym szukałabym czarnoksięskiego lustra. A jednak! Wisi w zakrystii węgrowskiej fary. Na tyle nisko, by przeczytać okalający je napis: Bawił się tym lustrem Twardowski, magiczne sztuki czyniąc, teraz przeznaczone jest na służbę Bogu. Jak mówią miejscowi – lustro mimo lat spędzonych w nabożnym otoczeniu, wciąż lubi pokazywać przyszłość w ciemnych barwach. Każde spojrzenie na jego mętną taflę niesie ryzyko poznania własnej śmierci. Ponoć kiedy Napoleon zobaczył w nim swoją klęskę pod Waterloo, w złości wymierzył mu siarczysty cios. Lustro pękło na trzy części, ale nie zmieniło to biegu historii. Czuję strach przed spotkaniem z jego mocą. Z drżącym sercem parkuję rower i chwytam klamkę drzwi kościoła. Nie zobaczę dziś skarbu Mazowsza. Dziś fara jest zamknięta…

Czarnoksiężnik i diabeł

Mistrz Twardowski istniał naprawdę. Urodził się około 1515 roku w Norymberdze. Zanim przyjechał do Polski nosił nazwisko Dhur, co oznacza twardy. Po przyjęciu posady nadwornego astrologa na dworze Mniszchów jego nazwisko uległo spolszczeniu oraz uszlachetnieniu i tak stał się Twardowskim. Przez kilka lat służył na dworze króla Zygmunta Augusta. Jak mówią legendy, to wtedy dogadał się z diabłem. W każdej legendzie jest źródło prawdy, zatem można przypuszczać, że po prostu nie najlepiej dobierał sobie przyjaciół i to nie diabeł, lecz intrygi dworskiej kamaryli skupionej wokół króla Zygmunta Augusta, doprowadziły go do upadku. Najprawdopodobniej do karczmy, co się Rzym nazywa przyszedł po niego nie czart, lecz zabójca nasłany przez potężny wówczas ród Mniszchów.
Zanim to jednak nastąpiło, Twardowski przekazał Janowi Dobrogostowi Krasińskiemu swoje magiczne lustro, które następnie zawisło w zakrystii kościoła farnego w Węgrowie.

Zwierciadełko, co mi powiesz?

– Rozumiem, że zwierciadło jest “medialne”, ale klasztor węgrowski  jest o wiele ciekawszy od lustra Twardowskiego – Marek Sobisz wie co mówi. Jako kustosz muzeum w podziemiach klasztoru zna niejedną tajemnicę tego miejsca. Był też świadkiem odkrycia kilku skarbów. Ostatnio?
– Podczas remontu w 2017 roku, p
od jednym z obrazów przy ołtarzu odkryto skrytkę a w niej trzy puszki z sercami Krasińskich. Wśród nich znalazło się serce fundatora Jana Dobrogosta Krasińskiego. Odkrycie miało miejsce akurat, kiedy przypadała trzechsetletnia rocznica jego śmierci. 

Misja arystokraty

Jana Dobrogosta Krasińskiego można z pełną odpowiedzialnością nazwać „personą w czepku urodzoną”. Nie dość, że po swoim ojcu odziedziczył odziedziczył niemałą fortunę, to jeszcze sam dorobił się olbrzymiego majątku na wojnach – jego chorągiew husarska wywalczyła sobie potężne łupy pod Wiedniem, Chocimiem i w innych bitwach. Miał więc wystarczające pieniądze, by zadbać o dusze poddanych, a tak się złożyło, że w kupionym od Bogusława Radziwiłła Węgrowie mieszkali protestanci.
– W tamtych czasach panowała zasada: czyja władza tego religia – tłumaczy Marek Sobich. – Różnie możemy to teraz oceniać, jednak w XVII wieku nikt z tym nie dyskutował.
Skoro Bogusław był protestantem, to również protestantami byli jego poddani. Natomiast Jan Dobrogost Krasiński, jako katolik, postanawia sprowadzić swoje zbłąkane owieczki na właściwą drogę do zbawienia. Wznosi zatem kościół farny. Sprowadza również do Węgrowa franciszkanów reformatów, bo dobrze radzili sobie z nawracaniem na katolicyzm i funduje im klasztor. Franciszkanie reformaci biorą się do roboty. Dzięki ich zabiegom społeczność protestancka znacznie się kurczy, choć nie zanika. Przez kolejne wieki modlą się w zborze oddalonym o kilka kroków od klasztoru i synagogi. W kolejnych wiekach  do tej mozaiki dochodzą jeszcze dwa elementy w postaci mariawitów i prawosławnych. 

Skarby podziemi

O wielokulturowości i różnorodności religijnej dawnego Węgrowa opowiada wystawa muzealna podziemiach klasztoru. W gablotach zgromadzono wiele niepozornych skarbów Mazowsza. Marek Sobisz przystaje przed jednym z nich – bogato zdobionym ołtarzykiem podróżnym. Odnaleziono go kilka lat temu na terenie klasztoru.
– Prawdopodobnie należał do Jana Dobrogosta Krasińskiego. Proszę popatrzeć na zdobienia drzwiczek. Ten rodzaj ornamentu do bitwy wiedeńskiej praktycznie nie występował na terenie Polski.
Rzeczywiście, inkrustacje przypominają te, którymi do dziś ozdabia się plansze tureckiej gry tauli. Być może przedmiot, który został użyty do stworzenia tej kapliczki rzeczywiscie trafił do Węgrowa spod Wiednia.
W pewnym momencie od głównego korytarza odbija boczny korytarz, a na jego końcu znajduje się ukryte wejście.
– Odkryliśmy je podczas remontu. Dalej ciągnie się zasypany tunel. Powoli go odkopujemy.

Czy odnajdą w nim jakieś skarby? Wkrótce się to okaże. 

Koniec jest początkiem

Po powstaniu styczniowym władze carskie dokonały kasaty zakonu. Franciszkanie reformaci opuścili Węgrów, a klasztor popadł w ruinę. W ostatnich latach znowu jednak wypełnia się życiem. Powstanie w nim centrum dialogu międzykulturowego. Dzięki funduszom transgranicznym „Polska-Białoruś-Ukraina 2014-2020” powstaje Szlak Klasztorów Poreformackich, który będzie przechodził przez Węgrów. W klasztorze trwa więc wielki remont. Blasku nabierają kolejne części zabudowań. Powstają miejsca noclegowe, sale koncertowe i konferencyjne. – W przyszłości będą się tu odbywać spotkania artystyczne, warsztaty międzykulturowe, ale jeszcze jest za wcześnie, by mówić o szczegółach. Projekt zacznie działać za dwa lata. 

Magiczne miejsca

Ewa Szadyna od ponad dwudziestu lat prowadzi w Żarnówce stadninę koni małopolskich “Konik Polski”. Z ciekawością spogląda na postępy prac w klasztorze, ale nie zgadza się z Markiem Sobiszem. Uważa, że Twardowski stanowi doskonały motyw przewodni promocji regionu. Kilka lat temu brała nawet udział w tworzeniu produktu turystycznego o nazwie “Kraina Mistrza Twardowskiego”. W 2013 roku zdobył on nagrodę na najlepszy produkt turystyczny województwa mazowieckiego.
– To było świetne hasło, bo kto nie słyszał o Twardowskim!
Z regału wyciąga ostatni folder reklamowy i otwiera na stronie z opisem swojej stadniny. W opisie czytam o możliwości korzystania z dobrodziejstw źródła życia Mistrza Twardowskiego”.
– Twardowski nigdy tu nie był, ale włączyłam źródło do atrakcji szlaku, bo ma magiczną opinię. Okoliczni mieszkańcy nazywali je żywą wodą. 

Tajemnice lasu

Jak to dobrze, że do żywej wody nie wybrałam się na rowerze! Co chwilę potykam się o pędy malin, wyrośnięte pokrzywy parzą mi dłonie. Jakimś cudem Ewa wśród tych zarośli widzi drogę i w ogóle się nie potyka. Ja widzę tylko krzaki, drzewa i liście. Nawet źródła bym nie zauważyła, bo wygląda jak wielka polana przykryta liśćmi. Woda bije tu na całej powierzchni. Nieco dalej pod warstwą liści Ewa odnajduje kamień z tajemniczą inskrypcją. Rozczytuję jedynie słowo “uwaga”. Dłonią próbuję wyczuć kształty pozostałych liter. Nie udaje mi się jednak złożyć ich w słowa.
– Jeszcze kilka lat temu można było swobodnie odczytać pełny tekst: “Rok 1923, uwaga, winien, wyrok wyjęty, dom numer 8”.

Ponoć w 1923 roku mieszkańcy Żarnówki i Leśnogóry stoczyli bitwę o łąki serwitutowe, które się tu rozciągały. Po bitwie wyznaczyli granicę i postawili na niej ten kamień. Dlaczego zatem w inskrypcji nie pojawia się słowo granica, tylko “wina”, “wyrok” i “dom numer 8”, który w astrologii oznacza śmierć?

Krzyż z historią

Kolejna tajemnica, znajduje się tuż za stadniną w podwórku opuszczonego gospodarstwa. Ma postać krzyża z wyrytym napisem: “Ot powietsza głodó, ognia j woiny zachowai nas iezó”.
– Przecież to krzyż morowy! Miał uchronić od zarazy.
– To by się zgadzało… – Ewa przypomina sobie opowieść o żydzie. Ponoć przechowywali go podczas wojny właściciele opuszczonego gospodarstwa. Ten jednak zachorował na tyfus. Przerażeni zarazą, wywieźli go do lasu. Była zima. Do dziś ludzie sobie opowiadają sobie jak krzyczał, zanim skonał. Wtedy właśnie na podwórku stanął ten krzyż…

Czarodziejka

Ewa ma dużą wiedzę.. Poznała lokalne historie. Niczym wiedźma doskonale orientuje się w ziołach. Tylko, że samo słowo budzi złe skojarzenia. Nieco tylko lepiej brzmi “czarownica”. Dobra czarownica nie pozostawia już żadnych wątpliwości, co do rodzaju uprawianej magii. Dlatego Ewa swój profil na instagramie i kanał na Youtube nazwała “Ewa dobra czarodziejka”.
W prowadzeniu social mediów pomagają jej córki. Dziewczyny mają olbrzymią w tym zakresie olbrzymie doświadczenie. Kanał najstarszej –  Lil Masti śledzi ponad 950 tys fanów, Słodką Adę 549 tysięcy, a najmłodszą – Olę Wiliams jak narazie obserwuje „tylko” 9 tys. osób. – Kiedy znowu mnie odwiedzą poproszę, żeby mi pokazały jak robić filmiki, bo ja na razie umiem tylko sklejać…
Ale się nauczy! Bo youtube już ją wciągnął.  

Różnorodność

Ewa ciągle nie jest przekonana, czy określenie “dobra czarownica” w pełni oddaje to, co chce przekazać na swoich profilach internetowych. Czarownice owszem, znają las, potrafią opowiadać o ziołach, ale co wiedzą o koniach? A dla Ewy konie są całym życiem. Ściany jej domu wypełnione są obrazkami i laurkami od wdzięcznych uczniów. Umie z nimi rozmawiać i dla nich pisać. Wszystko zaczęło się przez przypadek.
– Pewnego razu prowadzę jazdę z dziećmi i jak zwykle dużo gadam. Wtedy jeden z tatusiów mówi, że powinnam pisać książki, bo tak fajnie opowiadam o koniach.
Czemu nie? Ewa poszła za ciosem. Wymyśliła postać Stefki – dziewczynki, która kocha konie i podróże. Przez następną zimę codziennie rano, przez godzinę opisywała jej przygody. W efekcie powstały trzy książki.
– Też chciałbyś podróżować jak twoja bohaterka?
– Nigdy w życiu! Swoje się już najeździłem. Nawet do Warszawy wybieram się niechętnie. Bo Ewa najlepiej się czuje wśród koni, otoczona szumem drzew i zapachem ziół.

Zielarz

Zioła to nie tylko domena wiedźm, czarownic i dobrych czarodziejek.
– Wiele lat temu w Grębkowie leczył ziołami ksiądz Jan Kukawski. Pamiętam, że przyjeżdżali do niego ludzie z całej Polski – wspomina Wanda Miszczak, dyrektor miejscowej biblioteki. Cała okolica żyła z przyjezdnych. Jedni ich nocowali, inni im gotowali, jeszcze inni sprzedawali przepisane zioła. Wanda z segregatora wyciąga wydruki pożółkłych recept księdza Kukawskiego. Niewiele ich pozostało, jak na kilkanaście lat działalnosci. Pokazuje mi też broszurę ze wspomnieniami o księdzu pod tytułem “Ziołowa kraina”. Pracę nad stworzeniem broszury koordynowała Elżbieta Trojanowska – kierownik Warsztatu Terapii Zajęciowej w Jaworku. Dzwonię, umawiam się i już za chwilę wąska asfaltowa droga prowadzi mnie prosto do Jaworka.

Człowiek zapomniany

Postać księdza Jana Kukawskiego okrywa zasłona milczenia. Każdy wie, że był proboszczem grębkowskiej parafii, że leczył, że pomagał, jego imieniem nazwano nawet ulicę, przy której znajduje się przystanek autobusowy w Grębkowie i nic więcej.
– Na tym przystanku wysiadali nasi podopieczni w drodze do ośrodka. Postać księdza przewijała się w rozmowach z miejscowymi. Pewnego razu chłopcy pytali mnie, kim był ten ksiądz i dlaczego milczy o nim internet.
– Mieli rację, przecież był to człowiek, który kiedyś bardzo dużo znaczył dla lokalnej społeczności. Zdałam sobie też sprawę, że osoby, które korzystały z jego pomocy albo z nim pracowały są już w podeszłym wieku i za chwilę nie będzie od kogo uzyskać informacji na temat księdza. W międzyczasie dowiedziałam się też o polsko amerykańskiej fundacji wolności i o programie “Równać szanse” z którego mogliśmy sfinansować nasze działania.

Historia zielarza

Elżbieta pisze projekt. Szybko zdaje sobie sprawę, że doskonale wpisuje się on w cele ośrodka wychowawczego. Instytucja ma bowiem za zadanie przystosować swoich wychowanków do życia w społeczeństwie, a nie ma do tego lepszej drogi niż przez spotkania i rozmowy z ludźmi. Do projektu zaangażowano również uczniów Publicznej Szkoły Podstawowej w Trzebuczy, Zespołu Szkolno-Przedszkolnego w Grębkowie oraz młodzież ludzi skupionych wokół biblioteki, by przeprowadzili wywiady ze swoimi babciami i dziadkami na temat księdza. Efektem ich pracy była broszura, którą zobaczyłam w bibliotece.
Jej tytuł sam się nasunął. Przecież ksiądz leczył ziołami, a podopieczni ośrodka wychowawczego też na jakimś etapie swojego życia z ziołami eksperymentowali. Szybko więc podchwycili temat i stwierdzili, że nazwą projekt “Ziołowa kraina”. W publikacji znalazła się zaledwie garść zebranych materiałów. Pozostałe wciąż czekają na swój czas, bo w okolicach Grębkowa, bo wciąż jeszcze nie ma klimatu, aby opowiadać o księdzu Kukawskim…

Projekt pszczoła

Po ziołach przyszedł czas na pszczoły.
– Nasi wolontariusze mają różne pasje i zainteresowania, które staramy się przekazywać naszym podopiecznym.
I tak dwa lata temu, za namową jednej z pracownic, na terenie ośrodka stanęły dwa ule. W zeszłym roku Elżbieta w ramach szkoły Liderów pojechała na wizytę studyjną na Wielkopolskę. Zobaczyła tam domek do uloterapii – niepozorny, drewniany, wyglądem przypominający saunę.  Seans terapeutycznny polega na wyciszeniu się w biopolu wytwarzanym przez pszczoły.
– Sprawdziłam na sobie, że to działa, że w środku można się zrelaksować. Wtedy pomyślałam – dlaczego by go nie kupić? nikt nie prowadzi Tego rodzaju terapii w naszej okolicy, a tym bardziej z tak trudną młodzieżą.
Udało się. Domek na razie stoi przed wejściem do ośrodka, ale już niedługo zostanie zasiedlony czterema pszczelimi rodzinami i zacznie działać.

Wytkane historie

Pszczoły, rośliny, zwierzęta i ludzie wypełniają tkaniny Małgorzaty Pepłowskiej z Rechni. Mistrzyni tkaniny dwuosnowowej tka dwukolorowe opowieści na każdy temat. W jej pracowni na ścianach widzę scenki rodzajowe, historyczne, biblijne czy… lustro Twardowskiego. Poznaję je po charakterystycznym pęknięciu. Korzystam z okazji, że mogę się w nie bezkarnie wpatrywać, bo nie ma w sobie zła czarnej magii.
Moja babcia również tkała tkaniny dwuosnowowe. Hojnie nas nimi obdarowywała przy okazji każdej wizyty. Wtedy mi się nie podobały. Nie dostrzegałam urody narzut, których jedna strona jest kolorystycznym przeciwieństwem drugiej. Dopiero z czasem, gdy większość jej dzieł gdzieś się rozeszło, zrozumiałam na czym polega kunszt tej sztuki. Tak, do tkaniny dwuosnowowej trzeba dojrzeć.
Tymczasem Małgorzata z zakamarków pracowni wyjmuje kolejne tkaniny. Rozkłada na stołach. Pokazuje szczegóły, które świadczą o poziomie twórcy. Przede wszystkim liczy się kompozycja. Następnie jej poszczególne elementy nie powinny się powtarzać jak stemple. Liczy się też oryginalność poszczególnych przedstawień. Małgorzata pochyla się nad wyobrażeniem  kolędników. Wskazuje gwiazdę betlejemską. Nawet tak niewielki detal można przedstawić na dwa sposoby – tak jak wszyscy, albo inaczej, po swojemu.  

Nieoczekiwany gość

Pierwsze tkaniny Małgorzata Pepłowska wykonała w węgrowskiej Cepelii. Wtedy pracowało tam kilkadziesiąt tkaczek. Po zmianach ustrojowych zakład zamknięto. Kobiety znalazły sobie inne zajęcia. Małgorzata również. Wtem, pewnego dnia w do drzwi Małgorzaty zapukał niespodziewany gość.
– To była pani Maria Koc, wówczas etnograf z domu kultury. Spytała, czy miałabym ochotę wrócić do tkactwa. Odpowiedziałam jej, że może i bym miała, bo mam krosna, tylko nie mam gdzie ich rozstawić.
– A jeśli stworzę pani warunki?
Okazało się, że ministerstwo kultury ogłosiło program „ginące zawody”. Maria Koc w ramach tego programu postanowiła przywrócić do życia dwuosnowówkę i wycinankę z opłatka.
– Udostępniono mi pomieszczenie i zaczęłam tkać. Moja pierwszą tkaniną po przerwie była jesień. 

Pracownia

Pomieszczenie w którym zaczęła pracować Małgorzata nie miało wysokiego standardu. Znajdowało się w piwnicy przed remontem, trochę zbyt ciemne i zbyt wilgotne. W zamyśle miało służyć tylko przez kilka miesięcy. Małgorzata tworzyła tam swoje tkaniny około 10 lat.
– Może nie było mi wygodnie, ale cieszyłam komfortem, że nie robiłam na akord.
Mogła tkać w swoim tempie i miała czas na dopracowanie szczegółów. Dlatego jej tkaniny stawały się coraz lepsze, zaczęły wygrywać konkursy, znajdowały kupców na całym świecie. Wszystkie zarobione w ten sposób pieniądze Małgorzata odkładała na budowę prawdziwej pracowni. Udało się. Małgorzata stworzyła sobie przestrzeń do pracy, prowadzi tu również warsztaty rękodzieła. Wystarczy zadzwonić, by zamówić u niej lekcje tkania, robienia papierowych kwiatów albo ozdób z opłatka. 

Pomocna dłoń

Danuta Grodzka – Wojdyna od lat podziwia prace Małgorzaty. Panie po raz pierwszy spotkały się na jednym z festynów. Stoisko Małgorzaty wciśnięte było gdzieś między budki z grillowaną kiełbasą a chińskimi zabawkami. To nie było miejsce dla niej.
– Ktoś, kto przychodzi na taką imprezę, nie szuka prawdziwej sztuki. Mimo, że Małgorzata  miała już na swoim koncie wiele osiągnięć, mało kto przystawał na przy jej stoisku – wspomina Danuta
Nie tylko Małgorzata miała problem z wypłynięciem na szersze wody. W okolicach Węgrowa tworzy wielu artystów, którzy nie mają miejsca, w którym mogliby się pokazać szerszej publiczności. Tymczasem w głowie Danuty nabierał kształtów pewien pomysł…

Galeria Zembrzyniec

Danuta ponad czterdzieści lat pracowała w turystyce. Stąd znała lokalnych twórców, bo przecież nie sposób rozdzielić turystyki od kultury.
– Dużo też jeździłem po Europie i zwiedzałam różne muzea i galerie. Po powrocie czułam żal, że nic takiego nie ma w Węgrowie.
Postanowiła więc wziąć sprawy w swoje ręce i stworzyć przestrzeń dla lokalnych artystów. Gdzie? Wraz z mężem Sławomirem kierują swój wzrok na stodołę. 

– Kiedy wynosiliśmy z niej wszystkie sprzęty, sąsiedzi myśleli, że się wyprowadzamy. Później zaczęły krążyć jeszcze inne przypuszczenia, na temat tego, co się u nas dzieje i co zamierzamy robić.
Ich ciekawość rosła wraz z postępem prac. Czasem przychodzili podpytać, o co chodzi. Nikt jednak nie domyślił się, że na ich oczach powstaje muzeum, bo zarówno Danuta jak i Sławomir milczeli jak grób!
– Baliśmy się powiedzieć wprost, jaki jest nasz zamysł, żeby nie zapeszyć i żeby nikt się z nas nie śmiał, że otwieramy muzeum w zwykłej stodole. Przyznali się dopiero przed otwarciem. Na imprezie inauguracyjnej Galerii Zambrzyniec, czyli prywatnego muzeum sztuki ludowej nie zabrakło sąsiadów, choć mieszkańcy wioski nie należą do stałych bywalców.

Pod lokalnymi gwiazdami

Muzeum Danuty i Sławomira składa się z dwóch pomieszczeń. W jednym organizują warsztaty, w drugim rozmieścili swoje zbiory. Wykorzystali przestrzeń, nie pozostawiając praktycznie żadnych pustych miejsc. Mimo to ilość eksponatów mnie nie przytłacza. Być może dlatego, że ułożono je tematycznie. W jednym z kątów zaaranżowali izbę, w innym kuchnię, na jednym ze stołów rozmieścili kolekcję żelazek, na innym tar do prasowania. Na półeczce zaś przysiadł anioł Urszuli Fedorczyk. Być może w przyszłym roku artystka zrobi tu swoją wystawę indywidualną.

– Czasem ktoś ze zwiedzających chce mi oddać jakieś stare przedmioty, ale ja zazwyczaj dziękuję. Nie chcę zrobić z tego miejsca rupieciarni. Faktycznie, ekspozycja przedmiotów codziennego użytku jest wystarczająca. Danuta chwyta jeden z nich – żelazko na duszę.
Proszę spojrzeć na wygrawerowaną datę – 1863 rok. Tym żelazkiem prasowano koszule powstańców styczniowych.
Możliwe, że przed pójściem w bój błogosławili ich braciszkowie z klasztoru. Czy któryś z nich zobaczył swoją śmierć w lustrze Twardowskiego.
Co ja zobaczę? Wsiadam na rower i jadę do Węgrowskiej fary. Znowu staję przed drzwiami. Znowu los nie chce mnie wpuścić do środka. 

Praktycznie

Trasa

Węgrów, Ruchna, Grębków, Żarnówka, Jaworek, Zambrzyniec, Wegrów – 84 km

Zrób to!

Zamów warsztaty u Małgorzaty Pepłowskiej – artystka uczy tkactwa, robienia kwiatów lub stroików z opłatka. Tel.: 608 136 996. 

Umów się na lekcje konnej jazdy w stadninie koni małopolskich “Konik Polski”. Adres: Żarnówka 78. Tel: 660 751 856

Odwiedź Galerię Zambrzyniec Danuty Grodzkiej – Wojdyny i Sławomira Wojdyny. Galeria zamyka się na zimę. Pierwszych zwiedzających przyjmie na wiosnę przyszłego roku. 

Zagraj w grę terenową szlakiem kapliczek w Jaworku i wygraj darmową kawę w Ośrodku Terapii zajęciowej.

Ciekawe miejsca w okolicy

Muzeum Zbrojowni na zamku w Liwie – składa się z pozostałości średniowiecznej warowni i pałacyku z XVIII wieku. Przy odrobinie szczęścia trafisz na turniej rycerski, albo festiwal kulinarny.

Skansen w Nowej Suchej – prywatny skansen w którym organizowane są plenery malarskie.

Pałac Zamoyskich w Łochowie to luksusowych hotel w pałacowych wnętrzach. Jeśli nawet nie zdecydujesz się na nocleg, przyjedź, przespaceruj się po parku i skosztuj przysmaków z pałacowej kuchni.

Artykuł ukazał się w numerze 6/19 Magazynu RowerTour

Podobne

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close