fbpx
Top
  >  Miejsca   >  Oman   >  Oman znaczy niezła jazda!

Jazda na rowerze po Omanie to pasmo nieprzewidywalnych niespodzianek…

Oman jest tradycyjny. Tradycyjne są stroje Omańczyków. Tradycyjne są stroje pracujących tu Indusów i Pakistańczyków. Tradycyjna jest też gościnność. Do tego obrazka wprowadzamy element zamętu w postaci absolutnie nie tradycyjnych rowerów bambusowych.

Poranek

Słońce budzi mnie w Sohar. Otwieram oczy i już wiem – noc spędzimy w odległym o 130 km Yanqul. Wierzę w to, kiedy otwieram oczy o godzinie 7 rano. Kiedy o godzinie 8 rano wystawiam gotowy do drogi rower na ulicę nie przerażają mnie wyliczenia googla, że przejazd tej trasy zajmie nam 13 godzin.
– Jeśli ruszę o 8.00 dam radę – mówię dosiadając roweru.
– Albo zatrzymasz się gdzieś po drodze – kontestuje Zdrowy Rozsądek,
– Plan jest taki, że dojadę.
– Gdzieś na pewno dojedziesz – przytakuje Zdrowy Rozsądek.
W tym momencie wszystko idzie zgodnie z planem. Godzina 8.00 – mknę na rowerze w stronę kantoru, żeby wymienić pieniądze. Kantor miał być blisko i pewnie był, ale jakoś go przeoczyłam. Zatem o godzinie 8.15 pytam się o drogę sprzedawcę ze sklepu z przyprawami. I tu pojawiają się pierwsze schody. Sprzedawca jest Irańczykiem, a od Irańczyka szybko się nie wyjdzie! Zatem piję herbatę, rozmawiam o przyprawach i tak wybija godzina 10.00. W tym momencie słońce już nie ma litości. Podczas jazdy przez pustynię, pot się leje strugami. Wypijam cały zapas wody i zaczynam się martwić, co dalej, skoro w promieniu kilkunastu kilometrów nie ma żadnej wioski. Wtedy moim oczom ukazuje się… Nie fata morgana lecz beczka z wodą.

Woda

Okazuje się, że z wodą nie ma większego problemu. Przy drogach stoją beczki, albo dystrybutory z zimną wodą. Również w miastach porozstawiane są dystrybutory, czasem stoją na nich blaszane kubki.

Jedzenie

Ledwo gaszę pragnienie, na scenę wchodzi głód. Głód na rowerze to nie jest uczucie jedynie nienasycenia. To stan, w którym brak siły, by wycisnąć kolejne metry. A do przejechania mam 12 kilometrów – tak przynajmniej dedukuję z mapy.
– Widzę miejscowość, w której stoi meczet, a obok supermarket.
– To już metropolia! – Drwi Zdrowy Rozsądek.
– A jak metropolia, to na pewno będzie i kebab!
Mam całkowitą rację. Wszystko jest – i supermarket, i kebab, i piekarnia. Tylko że… zamknięte.
– Zapytaj może jakiegoś miejscowego, czy gdzieś coś jest jednak otwarte.
Tylko z kim, skoro na ulicy nie ma żywego ducha… Na szczęście, gdzieś na horyzoncie pojawia się postać w białej szacie. Podjeżdżam.
– Czy jest tu jakaś restauracja?
– Come – mężczyzna daje znak ręką, bym szła za nim. Za chwilę wprowadza mnie do swojego domu. Siadam na macie pod zadaszeniem. Jego bracia i kuzyni znoszą półmiski z jedzeniem. Wszystko dla mnie, bo oni już jedli. Stopniowo schodzą się sąsiedzi, później wita mnie szejk całego okręgu. Wszyscy ubrani są w białe szaty, a na głowach mają zawiązane chusty. Po chwili tracę orientację w tym białym tłumie kto jest kim i z kim już się witałam, a z kim nie. Obskakują mnie dzieci. Za chwilę ktoś prowadzi mnie za ścianę a tam… Kobiety. Obskakują mnie, robią sobie ze mną selfi, ale kiedy wyciągam aparat, mężczyzna mówi stanowcze „nie”. Zatem kobiet się tu nie fotografuje. Choć one, a i owszem, z wielkim upodobaniem fotografują mnie:)
Rozmowa rozkręciła się na dobre. Na prawdę chętnie bym została, ale droga wzywa. Przede mną dużo kilometrów – mówi Zdrowy Rozsądek, ja zaś zakładam, że jeszcze więcej, bo siedemdziesiąt.
Kiedy robimy sobie pożegnalne zdjęcia, ktoś mówi:
– Wiecie, że 15 lat temu przybyło do nas dwoje rowerzystów z Włoch. Oni też postawili rowery w tym samym miejscu co ty.

Kinafe

Taką nazwę nosi przysmak mojego arabskiego znajomego zapamiętany z dzieciństwa. Za tym smakiem tęsknił przez wszystkie lata spędzone w Polsce i kazał mi go w Omanie koniecznie spróbować.
– To takie ciastko z topionego sera, posypanego wiórkami ze specjalnego ciasta i polane syropem.
– Na słodko?!
– Bardzo na słodko. Nawet nie zdajesz sobie sprawy jakie to smaczne!
Im bliżej wyjazdu, tym częściej opowiadał o tej delicji z dzieciństwa. Kiedy tylko tu przyjechałam, wyłapywałam więc tę nazwę pod szyldami wszystkich mijanych cukierni. Niestety najczęściej nieczynnych. Dziś znowu pojawia się na horyzoncie światełko nadziei. W cukierni na stacji benzynowej znowu wypatrzyłam kinafe. Nareszcie! Teraz nie będzie pudła. Stacja otwarta, barek też, napis kinafe jak wół napisany na wrotach. Już mknę, bo drąży mnie ciekawość, jaką smaczną tajemnicę kryje w sobie topiony ser z cukrem. Zatem parkuję rowery, z biegu robię zdjęcie wielbłądowi na pickupie i wchodzę.
– Poproszę kinafe.
– Nie ma – uprzejmie odpowiada sprzedawca.
Usiadłam, ale się nie załamałam, bo mimo wszystko Oman pokochałam od pierwszego wrażenia i twardo się tego trzymam. Włączam internet, odpalam instagrama i publikuję zdjęcie z hashtagiem #oman. Już mam ruszać w dalszą drogę, gdy z podjeżdżającego samochodu wychyla się mężczyzna i pokazuje swoją komórkę a na niej świeżo opublikowane zdjęcie.
– Czy to ty?
– Tak.
– Właśnie cię wyłapałem.
Tak rozpoczęła się piękna wirtualna przyjaźń, regularnie podsycana lajkami na Instagramie.

Nocleg

Do Omanu nie przyjeżdża tylu turystów, by budować dla nich hotele. Zatem praktycznie ich nie ma na trasie. Wiem, że coś jest w Yanqul, dlatego pedałuję co sił w nogach. Jednak z godziny na godzinę nogi stają się słabsze, podjazdy coraz wyższe, natomiast słońce nieubłaganie zbliża się do horyzontu. Noc zastaje mnie 40 km od Yanqul, gdzie na pewno jest jakiś hotel i 12 km od najbliższego supermarketu.
– Gdzie jest supermarket, tam musi być jakiś bar – głośno myślę.
– A może i hotel… – równie głośno myśli Zdrowy Rozsądek.
Jak tylko dojeżdżam, zatrzymuje mnie mężczyzna w białym samochodzie.
– Szukasz noclegu?
– Tak.
– Tu jest wioska, nic nie znajdziesz, ale jedźcie do Yanqul, tam są hotele.
Tylko jak tu jechać czarną nocą, kiedy kompletnie opadłam z sił?
– Zjem, odpocznę to i dojadę – ciągle wierzę, że uda się dojechać do hotelu w Yanqul.
– Zobaczymy…
Zamawiam jedzenie, wypijam kawę, i już mam się zbierać, kiedy podchodzi Said.
– Dokąd jedziesz?
– Do Yanqul, bo tam podobno jest hotel.
– Po co? Zostań u mnie.
Said oddał mi pokój gościnny, przyniósł jedzenie, przedstawił dzieci, ale żony nie poznałam.
Rankiem, po śniadaniu ruszyłam w dalszą drogę. Po drodze ktoś zaprosił mnie na kawę, ktoś się ze mną sfotografował, a w samym Yanqul… Nie było żadnego hotelu, więc pojechałam do Ibri.

Jestem włóczykijem, dziennikarką i antropologiem kultury. Na blogu dzielę się z Tobą wspomnieniami z moich przeważnie samotnych podróży pieszo i na bambusowym rowerze. Znajdziesz tu opowieści o ludziach, miejscach, zwyczajach, sztuce oraz praktyczne informacje.

post a comment

Close