Polska

Skarby Suwalszczyzny

UdostępnijFacebookTwitterPinterestZbicień, kartacze, mrowiska, sękacze, pszczoły i puszcza… To tylko początek listy suwalskich skarbów.  Pierwsza stacja […]

Skarby Suwalszczyzny

|

Udostępnij

Zbicień, kartacze, mrowiska, sękacze, pszczoły i puszcza… To tylko początek listy suwalskich skarbów. 

Pierwsza stacja benzynowa na Suwalszczyźnie. Jest tu wszytko – kawa, mydło i powidło. A nawet więcej. Przy drzwiach stoi regał z produktami regionalnymi, a na nim kilka butelek lokalnych piw i zbicień. Pierwszy raz widzę taki trunek. Biorę do rąk butelkę i wtedy zdaję sobie sprawę – dobra etykieta musi mieć w sobie to samo napięcie, co film według Hitchcocka.  Zatem powinna zacząć się trzęsieniem ziemi, potem zaś napięcie powinno nieprzerwanie rosnąć. Zbicień rzeczywiście przewrócił mój świat do góry nogami – bo do tej pory myślałam, że mniej znam wszystkie  polskie trunki. A jednak nie. I nie mam pojęcia czym jest miodosytnia. To trzeba sprawdzić. Tak oto znalazłam pierwszy skarb Suwalszczyzny.

Augustowska Miodosytnia

Piotr Piłaszewicz tak naprawdę chciał robić piwo rzemieślnicze, a Paweł Kotwica nie chciał już dłużej zajmować się architekturą. Jest jeszcze pszczoła augustowska, która zamieszkuje puszczę augustowską od ostatniego zlodowacenia. Do tej pory doskonale sobie radziła, ale w ostatnich latach wyraźnie potrzebuje ludzkiego wsparcia. W 2015 roku powstaje Bractwo Bartne w którym pierwsze skrzypce grają Piotr i Paweł. Jego celem jest budowa i doglądanie barci w Puszczy Augustowskiej. W pewnym momencie rodzi się też pomysł, by sycić miód, czyli produkować miody piwne.
– Z miodu pszczoły Augustowskiej?
– Jeden ul w pasiece „produkuje” około 100-150 litrów miodu rocznie, podczas gdy barć… 16 litrów. Ale my jeszcze nie osiągnęliśmy tego poziomu
– Czyli ile udaje się wam uzyskać?
– około 1,5 litra.
Dlatego miód skupują od polskich i litewskich pszczelarzy.

Wykopaliska kulinarne

Zdobycie pozwoleń na produkcję alkoholu trwa. W tym czasie trzeba było płacić podatki i utrzymywać firmę. Postanowili zajać się zatem produkcją minimalnie alkoholowego podpiwka. Produkt chwycił.
Podpiwek pozwolił im przeżyć dwa lata. Kiedy zdobywają w końcu wszystkie pozwolenia nastawiają pierwszy miód i muszą czekać kolejne dwa lata. A maszyny powinny się przecież czymś zająć. Wtedy przypominają sobie o dawnym napitku, tym razem jest to zbicień. Jego produkcja trwa kilkanaście dni. Znowu spotyka się z zainteresowaniem. Zbicień trafia do augustowskich sklepów, w tym czasie nabierają patyny lat pierwsze miody pitne. Obecnie Paweł i Piotr oprócz klasycznych dwójniaków i trójniaków tworzą własne kompozycje – jabłko na miodzie, pijaną wiśnię, czyli miody z dodatkiem soku z tłoczonych wiśni i jabłek. Dla miłośników puszczańskich klimatów powstała wytrawna i ziołowa Szeptucha.
– Spójrz na etykietę – każda butelka ma swój numer, bo u nas partia danego rocznika liczy 12oo butelek. Do tego każdy miód jest sygnowany – albo moim imieniem albo Piotra.
Taka butelka z własnym miodem jest czymś więcej niż zaprojektowany dom. Jest efektem pracy – widocznym i swoim. Przygodą, z której zrodziła się pasja życia.

Kontakt
Augustowska Miodosytnia
ul. Tytoniowa 9, Augustów
augustowska-miodosytnia.pl

Więcej przeczytasz już wkrótce na blogu i zobaczysz na youtubie.

Baza

Pierwszego zbicienia, tego zakupionego na stacji benzynowej piję wieczorem z Aliną Szypułą – właścicielką Ośrodka Wypoczynkowego Gieret w Gibach. Tu spędzę kolejne dziesięć dni. Dobrze mi tu. Ośrodek znajduje się w zdrowym odosobnieniu, a jednocześnie wszędzie stąd blisko. Mieszkam w domku po środku lasu, który trzyma reżim sanitarny, czyli odległość. Domki są na tyle daleko od siebie, a ośrodek na tyle przestronny, że choć jest pełny, praktycznie nie widzę ludzi. Spotykam ich dopiero na jednej z plaż, również należących do ośrodka. Sam domek ma wszystkie cechy zakonspirowanego centrum dowodzenia poszukiwaniami skarbów Suwalszczyzny. Mam taras, na którym pracuję, kiedy akurat prowadzę swoje mobilne biuro. Posiłki zamierzałam przygotowywać w aneksie kuchennym. Jest w nim wszystko, czego potrzebuje do przygotowania klasycznego obiadu, ale kartaczy już tu nie zrobię. Z kilku powodów. Przede wszystkim dlatego, że nie mam pojęcia jak się je robi, po drugie – kartacze domowej roboty zamówię w kuchni ośrodka, więc po co się męczyć?

Kontakt
Ośrodek Wypoczynkowy Gieret w Gibach
Giby 111
http://gieret.com/

Kartacze i spółka

Jest jeszcze trzeci powód, dla którego raczej nie zrobię kartaczy. Bo te klasyki kuchni Suwalszczyzny wymagają pracy zespołowej. jak wytłumaczyła mi przewodniczka Irena  Śniadkowska. Do ich wyrobu zaprzęgano całą rodzinę. Dzieci obierały ziemniaki, matka tarła, a ojciec wyciskał z nich sok. Kolejne etapy pracy opiszę już wkrótce w wywiadzie z panią Ireną. Najważniejsze – jak spotkałam Panią Irenę. Zwyczajnie – przez przypadek.
Akurat piłam kawę przed recepcją Ośrodka Gieret, kiedy przyszły dwie dziewczyny z ulotkami lokalnego biura podróży.
– Czy mogłybyście mi pomóc w poszukiwaniu skarbów Suwalszczyzny?
Nie mogły, ale podały telefon do jednej z przewodniczek. Przewodniczka natomiast przekazała mi telefon do Pani Ireny. Pani Irena otworzyła przede mną całą skrzynię pełną skarbów. Posłuchasz o nich tu:

A już wkrótce przeczytasz. Na blogu opublikuję pełen wywiad.

Kontakt
Irena Śniadkowska pilot – przewodnik
iskasniad@op.pl
tel. 505 370 886

Kanał Augustowski

W porcie augustowskim rezerwuję wycieczkę po Kanale Augustowskim. Do wyboru mam dwie opcje – cztero lub ośmiogodzinną. Wybieram tę dłuższą, bo chcę zobaczyć pochylnie. Co się dalej zadziało? zobacz na filmiku.

Moja rozmowa z kapitanem statku wyglądała mniej więcej tak:
– Szanowni Państwo, ze względu na małą ilość pasażerów, zmuszeni zostaliśmy do skrócenie trasy do czterech godzin.
– Ale dojedziemy do pochylni?
– Jakich pochylni – to na kanale Elbląskim. U nas są śluzy.
Cóż, były mi pisane inne wrażenia. Widoki pięknych jezior o mazurskich gabarytach, lecz bez tłumów. I śluzy zaprojektowane przez Ignacego Prądzyńskiego w czasach Królestwa Kongresowego. Dynamicznie rozwijał się wówczas przemysł, a towary potrzebowały trasy, która poniosłaby je do morza. Naturalnym kierunkiem był Gdańsk, Elbląg i Kłajpeda, tylko że Prusy w 1823 roku podniosły cła. Trzeba było przekopać sobie alternatywną trasę. Roboty ruszyły w 1823 roku.  Powstał szlak wodny łączący jeziora Suwalszczyzny systemem kanałów i śluz. Widząc rozmach, z jakim ruszyły prace, władca Prus już w 1825 roku wycofał się z ceł. Polacy jednak nie przestali kopać i w 1839 roku kanał został oddany do użytku. Tylko niestety nikt specjalnie nie był nim zainteresowany. Nowa droga wodna służyła głównie do lokalnego spławu drewna. Regularnie niszczony i zaniedbywany, ostatecznie kilkanaście lat temu został wyremontowany zarówno po Polskiej jak i po Białoruskiej na potrzeby głównie turystyki.

Klimaty pogranicza

Deptak w Augustowie po raz pierwszy przypomina mi o uroku życia na pograniczu. To tam, w sklepie z litewskimi trunkami nieopodal portu nawiązuję pierwszy kontakt z Litwą. Wchodzę i patrzę na butelki miodów pitnych i nalewek ziołowych. Miodom daleko do wyrafinowanych aromatów z Miodostyni Augustowskiej, ale nalewki nie są złe. Są też inne przysmaki. Przede wszystkim słonina z przypraw
mi, wędliny suszone i
wędzone świńskie uszy. Brzmi niepokojąco? Kto był w Rosji, albo na Suwalszczyźnie, ten wie, jak to jest dobre!

Impreza bez granic

Kolejny kontakt z pograniczem nawiązuję za kierownicą błękitnego trzmiela. Tak nazwałam mój samochód, bo przecież samochód też powinien mieć nazwę. Zatem jadę wstęgą suwalskich szos, które jak nigdzie indziej w Polsce, rzeczywiści wiją się między morenami niczym wstęgi. Włączam radio i wyłapuję audycję we wschodnim języku. Na początku myślę, że to rosyjski. Po chwili już wiem, że nie, że po raz pierwszy w życiu słyszę czysto białoruską mowę. Kolejne spotkanie z Białorusinami odbyło się w Puńsku. Siadam na plaży, a w bezpiecznej odległości grupa młodych chłopaków rozmawia przez telefon. Po białorusku.
– Przyjeżdżajcie! Czekamy! Dokąd? Do Polski!
To się nazywa pogranicze. Z Puńska do granicy litewskiej jest niecałe 4 km, do granicy białoruskiej 135 km. Też niedużo.

Puńsk

Białorusini do Puńska przyjeżdżają na gościnne występy. Ale główne role należą tu do Litwinów i Polaków. Patrząc na tę koegzystencję, z czysto antropologicznego punktu widzenia, czuję, że musi to być trudna miłość. Bo jeśli nieco bardziej na południe ten „inny” chodzi do cerkwi, koscioła albo meczetu, to tu obydwie grupy „innych” korzystają z tej samej, katolickiej świątynii pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Litwini na prawo, Polacy na lewo. Po prawej stronie ze sztandarów spogląda matka Boska z Ostrej Bramy, po lewej Madonna Częstochowska. Wszystkie napisy są dwujęzyczne, poza jednym, przy wyjściu. Obok stolika z prasą katolicką. Tam na karteczce po polsku napisano zachętę, by brać książki. Tylko po polsku, bo wszystkie publikacje są polskojęzyczne.
Mimo, że kościół podzielono po połowie, na ulicach słyszę tylko litewski. Do czasu, kiedy zadzwoni telefon…

Kobieta zamotana

Przyjemnie mi się rozmawia z panią Ireną Śniadkowską. Po naszym spotkani niczym anioł czuwa nade mną, i przekazuje telefony do ciekawych ludzi. To jej głos słyszę teraz w słuchawce.
– Gdzie jestem? W Puńsku.
– To proszę chwilę poczekać, niedaleko stąd mieszka moja znajoma. Zadzwonię i może znajdzie dla Pani czas.
Znalazła. Znowu więc wiję się wraz ze wstęgą drogi. Zjeżdżam w dół morenami i podjeżdżam, zjeżdżam i podjeżdżam i zatrzymuję się na szczycie kolejnej moreny z widokiem na pozostałe. Tak trafiłam do Suwalskiego Przytuliska.
– Czy teraz mnie rozumiesz? Jestem szczęściarą. Za tego miejsca rozciąga się najpiękniejszy widok na świecie! – Alicja Wasilewska wręcza mi bukiet ziół i zaprasza do swojej chaty. Wprowadziła się tu dopiero kilka dni temu. Jeszcze nie ma bieżącej wody, toaleta jest w stanie surowym, ale salon już czekaja na gości. Na długiej ławie pokrytej ręcznie haftowanym obrusem leżą lalki…
– …motanki. Wypełnione są ziołami i słowiańską magią.
Alicja zaczęła motać kilka lat temu. Uczyła się tej sztuki od mistrzyń z Białorusi i Polski.
– Motanki robimy tylko w dobrych intencjach. Od intencji zależy rodzaj wypełniających je ziół i sama forma. Inne będą lalki, które mają przynieść zgodę, siłę a inne są te, które mają sprowadzić szczęście, miłość i męża.
Bo mężów też sprowadzają. Najskuteczniejsze są te, zamotane własnoręcznie. Alicja w swoim Przytylisku organizuje warsztaty, podczas których nie tylko uczy motania, ale rozmawia. O tym co na duszy leży, o pragnieniach, marzeniach. W takiej atmosferze rodzą się motanki o największej mocy…

Kontakt
Alicja Wasilewska
tel. 502 027 227

Skrawek Mongolii

Piotr Michalczewski w Budzie Ruskiej 16 stworzył swoje własne miejsce mocy, która wypływa z… mongolskich stepów. Po raz pierwszy przepłynął po nich żaglowozami. A później wracał. Za każdym razem przywoził plecak pełen pamiątek, które znalazły swoje godne miejsce na strychu stodoły. Tam stworzył swoje własne prywatne muzeum Mongolii. Piętro niżej zaaranżował galerię fotografii i salę, w której organizuje pokazy. Mam szczęście. Dziś przyjechali do niego goście, którzy zamówili pokaz o Czarnej Hańczy. Ledwie gaśnie światło, zaczyna płynąć opowieść. Jak rzeka. Meandruje między drzewami puszczy augustowskiej, żeremiami bobrów, osadami starowierców…
– Na moim polu namiotowym będą dziś nocować rowerzyści z Poznania. Zamówili czarną banię. Chcesz zobaczyć jak ją rozpalam? – pyta Piotr po pokazie. Na swoim skrawku kuli ziemskiej ma bowiem łąkę, jezioro i drewniany domek, w którym starowiercy oczyszczali swoją duszę przed modlitwą. Czarna bania przypomina saunę, ale nie ma komina więc dym z paleniska na którym grzeją się kamienie idzie do środka. Stąd jest czarno. Kiedy Piotr rozpala ogień, patrzę jak dym tańczy w strugach światła przenikającego przez okienko na dachu. Wieczorem tam wejdę i odpłynę…

Kontakt
Piotr Malczewski
Buda Ruska 16
http://piotrmalczewski.com/

Przysmaki

Długo na mnie czekał Jan Juśkiewicz z ciastem na sękacza. Zanim przypłynęłam do siebie i błękitnym trzmielem dojechałam do restauracji Pod Jelonkiem w Jeleniewie panowały godziny szczytu. Wszystkie stoliki były zajęte, załoga uwijała się jak w ukropie. Jak przystało na porę obiadową w kultowej restauracji.
– Teraz nie mogę wyjść z pracy, dopiero za kilka godzin będę mógł się panią zająć.
Poczekam. W międzyczasie wybiorę coś z karty. Nie jest łatwo. Kartacze, smażone stynki, baba ziemniaczana. – Naszym hitem jest półmisek regionalny – mówi Jan. – W skład wchodzi kartacz smażony, gotowany i babka ziemniaczana. Ja jednak zamawiam zupę z pokrzywy według babcinego przepisu. Kiedy kończę, Jan już kręci sękacza. Poziomy wałek opiekany specjalną grzałką polewa ciastem i opieka. Warstwa po warstwie.
– Dlaczego na mnie nie poczekaliście? 

– Proszę się nie martwić, przed nami jeszcze przynajmniej dwie godziny pieczenia.
Sękacza trzeba umiejętnie kręcić, nie za szybko ani za wolno. Tak aby powstały warstwy i sęki.

Lokalne gospodynie mają swoje sekretne techniki tworzenie dużych wyrazistych sęków. Jan marzy, by kiedyś je poznać. Ale najważniejsze jest ciasto. Teoretycznie przepis jest znany – czterdzieści jajek, kilogram maki, kilogram masła, kilogram cukru, litr śmietany i odrobina soku z cytryny. Jednak każdy przepis ma jeszcze swój tajny składnik i swoją modyfikację proporcji. Dlatego każdy sękacz jest inny. Nasz wyszedł doskonale!
Sękacze zajmują honorowe miejsce na stole przy każdej rodzinnej uroczystości. Obowiązkowo stawiane są na weselnym stole tuż przed młodymi i obok mrowiska. Mrowisko to też lokalny przysmak. Składa się z przypominających faworki ciastek sklejonych polewą z miodu i posypanych makiem. Przypominają mrowisko i stąd nazwa. Żona Jana opanowała sztukę ich wyrobu do perfekcji. Kupuję jeden do domu. Jem przez kilka dni. W ten sposób jeszcze przez kilka dni, smakiem wracam na Suwalszczyznę…

Kontakt
Restauracja Pod Jelonkiem
ul. Sportowa 7, Jeleniewo
http://www.podjelonkiem.pl/

Galeria

 

Podobne

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close