Polska

Borne Sulinowo – miasto, którego nie było

  Borne Sulinowo oficjalnie nie istniało do 1992 roku. Kiedy wróciło na mapy, zaczęło intrygować […]

Borne Sulinowo – miasto, którego nie było

|

 

Borne Sulinowo oficjalnie nie istniało do 1992 roku. Kiedy wróciło na mapy, zaczęło intrygować tajemnicami stacjonujących tu armii i pięknem przyrody…

Spacerując ulicami Bornego Sulinowa raz czuję się jak w lesie porośniętym domami, raz w mieście porośniętym drzewami. Wraz z leniwymi podmuchami wiatru od niechcenia snuje się czas. Co chwilę przysiadając tak jak ja, to na ławeczce, to na konarach zwalonego drzewa. Pięknie tu, sielankowo, ale… W każdej bajce jest jakieś „ale”, coś co czarnym kleksem zakłóca porządek starannie wykaligrafowanych liter. Borne Sulinowo ma swoje ciemne przestrzenie, które wciąż przenikają teraźniejszość i dodają jej mrocznego smaku. To historia, w której przeplatają się wątki największych totalitaryzmów XX wieku i ludzkie historie, tworząc niezwykłą mozaikę tajemnic, tragedii i piękna natury…
– Nie znam mieszkańca Bornego Sulinowa, który nie kochałby tego miasta, mówi Kamil Bartoszek. – Tu jest wszystko, przyroda, spokój, cisza…

– …o ile nie odpalisz swoich maszyn – wtrąca Aneta Bartoszek.
To prawda. Cisza kończy się, kiedy jej mąż wyprowadza swoje maszyny na spacer…

foto: Aneta Bartoszek

Muzeum Militarnej Historii

Najważniejsze, by człowiek miał pasję, Nie ważne czy zbiera znaczki, czy jeździ motocyklem. Aneta przyznaje rację. Jej mąż też ma pasję – pojazdy militarne. Kamil kupuje czołgi i samochody bojowe, które na co dzień można oglądać w jego Muzeum Militarnej Historii. W muzealnym hangarze stoi 27 maszyn. Praktycznie nowych. To znaczy liczących sobie od 30 lat w górę. Bo czas dla pojazdów wojskowych liczy się inaczej. O ich sprawności świadczy ilość kilometrów na liczniku.
– Gąsiennicowe nie mają przejechane więcej niż 3000 km, a kołowe nie więcej niż 10 000 km.
Z czego sporo nabił sam Kamil. Bo wszystkie maszyny są
sprawne, zatankowane i w każdej chwili gotowe do wyjazdu. Nie na wojnę, tylko na przejażdżkę specyficznie rekreacyjną po tankodromie przy muzeum. Co sobotę wożą chętnych po okolicznych terenach zielonych i niemożliwie rozkopanych. Można też zamówić indywidualną wycieczkę, trzeba tylko liczyć się z kosztami. Sporymi.  
– Ten czołg pali 700 litrów benzyny na 100 km – Kamil niczym właściciel strojnego rumaka, klepnął karoserię maszyny, która celuje we wchodzących do muzeum. – Sama rozumiesz, że przejażdżka trochę kosztuje…
Zatem trzeba się liczyć z kosztem ponad 1000 zł. Nieco taniej wyjdzie rejs amfibią po jeziorze Pile.
– Zrobiłem uprawnienia sternika morskiego, żebym mógł nią pływać – Kamil tak dobrze opanował sztukę prowadzenia amfibii, że kilka lat temu zgłosiło się do niego wojsko, by testował ich własny sprzęt. Dwa tygodnie spędził na poligonie i jeździł ku chwale obronności kraju, nie martwiąc się o benzynę.

Gwiazda

– Pamiętasz tę scenę z jednego z pierwszych odcinków, kiedy chłopaki rozlali farbę a potem napisali nazwę rudy i odcisnęli swoje dłonie? Pamiętam. I widzę oryginałopodobne malowanie na modelu T-34, czyli tym samym, jaki zagrał w filmie. Jednak malowanie na tym czołgu wykonali mechanicy i pies stróża. Ale czy to ważne? Rudy z odciśniętymi dłońmi, czy też bez nich i tak jest jednym z najcenniejszych eksponatów. Czołg pochodzi z czasów II Wojny Światowej. Jest zatem zbyt cenny i zbyt stary, by opuszczać hangar podczas sobotnich przejażdżek. Wyjeżdża tylko na wyjątkowe okazje i zawsze robi furorę. Jedną z nich jest największy w Polsce Zlot Pojazdów Militarnych „Gąsiennice i Podkowy”. Niestety, ze względu na pandemię, w tym roku został odwołany, ale warto rezerwować czas w przyszłym roku. 

foto: Tadeusz Wojewódzki

Kolekcja

Co roku Muzeum Militarnej Historii wzbogaca się o kilka nowych pojazdów. Kamil, jak każdy kolekcjoner, nie skupuje wszystkiego, co mu się nawinie pod rękę. Kieruje się kluczem. Zatem wszystkie „eksponaty”, czy to czołgi, czy ciężarówki, czy wyrzutnię rakiet łączy wspólny, radziecki mianownik. Bo choć Armia Czerwona dawno już stąd wymaszerowała, jej wspomnienie wciąż żyje w Bornem Sulinowie…

Garnizon Gross Born

Rosjanie nie byli pierwsi. Historia Bornego Sulinowa zaczyna się bowiem w połowie lat 30-tych, kiedy te tereny należały do Niemiec. Wtedy rozpoczęto budowę garnizonu Gross Born, a w pobliskich lasach jednego z największych w Europie poligonu. Powstaje wojskowe miasto, według planu precyzyjnie dostosowanego do wojskowego życia. Są zatem domy mieszkalne, kantyny, place apelowe, szpital, pralnie, stajnie. Jest też miejsce na defilady, czyli główna arteria miasta wówczas nosząca nazwę Hitler Strasse. Budynki z tamtych czasów wyróżniają dwuspadowe dachy, późniejsze – rosyjskie rozpoznamy po płaskim. Do miasta doprowadzono też linię kolejową. Jej trasa kończyła się rampą. 

Gdyby kamienie mogły mówić…

Są  miejsca niepozorne, które były świadkami wielkiej historii. Dziś rampę w Bornem Sulinowie porastają krzaki, a spomiędzy kostek bruku przeziera trawa. Czasem ktoś się zatrzyma, zrobi zdjęcie, wsłucha się w ciszę, którą przed wojną zakłócał marszowy krok żołnierzy Wermahtu. W czasie wojny Gross Born stanowiło ostatni przystanek dla oddziałów jadących na front wschodni. Na pobliskim poligonie przechodzili ostatni trening bojowy. Dwa razy po tym bruku szedł Hitler. – Prawdopodobnie też nocował gdzieś w pobliżu rampy  – mówi Dariusz Tederko, przewodnik i pilot wycieczek. – Hitler zawsze czuł się żołnierzem i żył skromnie, jak żołnierz.
W 1940 roku na rampie zaczęli pojawiać się jeńcy zmierzający do utworzonego tu Oflagu II B Gross Born.

Izba Muzealna

Fresk przy wejściu do Izby Muzealnej. Na tle złotym jak słońce Francji szybują szpaki. – One są wolne. O tej wolności marzyli jeńcy Francuscy przetrzymywani w Oflagu II B Gross Rosen. – mówi Dariusz Czerniawski, kolekcjoner pamiątek związanych z dzisiejszym Bornem Sulinowem. – Wykonali go artyści z Szampanii, w tej samej technice, co Michał Anioł Kaplicę Sekstyńską. Pracowało nad nim 10 osób po 10 godzin dziennie przez 6 dni. 
Po przeciwnej stronie znajduje się drugi fresk. Wypełniają go błękitne postaci oficerów.
– Błękit to symbol nadziei, z jaką Francuzi szli na wojnę w 1940 roku. Myśleli, że szybko pokonają Hitlera i wrócą do domów. Ale zwróćmy uwagę, że nie mają twarzy. Zostali pokonani. Pozbawieni godności i honoru. Idą karnie w kierunku obozów jenieckich. Wielu z nich trafiło do Oflagu II B Gross Born. To właśnie historie ludzkie z tamtego czasu najbardziej fascynują Dariusza Czerniawskiego. Ale to tylko fragment historii Bornego Sulinowa…

Pamiątki

Wchodzimy do Izby Muzealnej. Tu znalazła swoje godne miejsce część jego kolekcji.  W pierwszych gablotach widzę mapy i przedwojenne zdjęcia z których uśmiechają się młodzi chłopcy. Za kilka lat będę zabijać i ginąć na wszystkich frontach II Wojny Światowej. Są zdjęcia ulic Gross Born – ulice pełne kwiatów, tętniące zwykłym codziennym życiem, wnętrza kantyn, które mogłyby istnieć w każdym innym mieście. Tylko mężczyźni, jeśli się na nich pojawiają noszą mundury. Dopiero kilka kroków dalej widzę pamiątki po jeńcach Oflagu II D Gross Born, głównie oficerach polskich i francuskich.

Fascynacja

Dariusz Czerniawski po raz pierwszy odwiedził Borne Sulinowo 27 kwietnia 1993 roku. – Zaintrygował mnie reportaż w telewizji. Przypomniały mi się opowieści mojego dziadka, kiedy po wojnie przyjechał do Wrocławia. Wspominał wielkie miasto, w którym nie było ludzi. Też chciałem coś takiego zobaczyć i przeżyć historię jak mój dziadek.
Zdobył więc specjalną przepustkę i przyjechał nocnym pociągiem, bo wtedy jeszcze stacjonowało tu Wojsko Polskie. – Przez 6 godzin chodziłem ulicami Bornego Sulinowa i nikogo nie spotkałem. Zdałem sobie wtedy sprawę, jak cisza może głośno krzyczeć.  
Jej słowami są przedmioty związane z przeszłością miasta. Przez kolejne 25 lat zgromadził kilkadziesiąt tysięcy eksponatów – Każdy z nich powiada tragiczną historię tego miejsca, ukształtowanego przez dwa największe totalitaryzmy poprzez indywidualnie historie ludzi…

Skarby oflagu

W życiu liczy się szczęście. Również w budowaniu kolekcji. Na jednej z aukcji internetowych Dariusz Czerniawski znalazł banknot z opisem, że znajduje się na nim „jakaś okrągła pieczątka”. Nie była wyraźna, ale coś Dariuszowi mówiło, że ma przed sobą pieniądz ze stemplem obozowego banku. Jeńcy polscy prowadzili bowiem na terenie obozu bank, szkołę wyższą, teatr… Zaryzykował i kupił. Nie pomylił się. Cześć eksponatów pochodzi z darów. Jak lalka, którą własnie zdejmuje z półki.
– Wykonał ją francuski oficer dla swojej siedmioletniej córki, która poprosiła w liście o lalkę. Nie był w stanie jej kupić, więc postanowił zrobić z tego co miał. Ubranko uszył z koszuli francuskiego oficera, wypchał trocinami, a główkę wykonał techniką papier mache. Zapakował do paczki, bo oficerowie mogli nadawać paczki do 5 kg i wysłał. Dziewczynka nazwała tę lalkę Oflagette.
Kilka lat temu jako już wiekowa dama zwiedzała Izbę Muzealną i powiedziała: Panie Darku, wyślę panu coś najcenniejszego, co mam po swoim ojcu. I wysłała tę lalkę.

Bezimienni

Teren oflagu Gross Born regularnie odwiedzają Francuzi, Polacy, ale praktycznie nie ma tu Rosjan. O ile Polacy i Francuzi w znacznej części dożyli końca wojny, Rosjan nie chroniła Konwencja Genewska. Przetrzymywano ich w nieludzkich warunkach, wiec umierali. Masowo. Po wojnie pamieć o nich wymazała doktryna Stalina, która nakazywała każdego, kto dał się wziąć w niewolę, traktować jako zdrajcę. Do dziś nikt ich nie szuka. Po Rosjanach pozostały jedynie karty z akt obozu, a na nich zdjęcie, odcisk palca, czasem podpis. Ostatni, a może jedyny ślad ich istnienia…

Rosjanie

Po wojnie w poniemieckim garnizonie rozlokowuje się Armia Czerwona i zostaje. Borne Sulinowo znika z map świata. Staje się zieloną plamą w lasach północno-zachodniej Polski. Dla Rosjan, pobyt w Bornym Sulinowie stanowił swoisty rodzaj nagrody. Co prawda mieszkali w ciasnych mieszkankach w blokach zwanych tu „leningrady”, ale i tak poziom życia znacznie odbiegał od standardów ZSRR. W sklepach półki uginały się pod ciężarem wszystkiego, co dusza wyrosła w komunistycznym raju mogła wymarzyć. Żołd również dostawali bez porównania wyższy niż na terenie ZSRR. Zdjęcia z tamtych czasów pokazują uśmiechnięte rodziny podczas pochodów i niedzielnych spacerów, ale też wojskowe życie. Oglądam je w Cafe Sasza. Jej właściciel przez kilka lat pracował na terenie jednostki jako fotograf. W swojej kawiarni zorganizował mała galerię dawnych zdjęć. Widzę miasto, ćwiczenia na poligonie, manewry wojskowe. Kres tej sielanki nadchodzi w 1991 roku.

Dzień po dniu

7 kwietnia 1991 roku. Podczas konferencji prasowej w budynku dawnej kantyny gen. Wiktor Pietrowicz Dubynin ogłasza rozpoczęcie procesu wycofywania z Polski wojsk wówczas już Federacji Rosyjskiej. Jednocześnie przyznaje, że na terenie Bornego Sulinowa przechowywano głowice jądrowe.
– Pociski miały moc do 50 kiloton – mówi Dariusz Tederko. – Dla porównania, Hiroszimę i Nagasaki zniszczyły bomby o mocy 5 kiloton. I to właśnie te głowice wyjechały pierwszym eszelonem.
Po konferencji historia nabiera tempa. Już następnego dnia z rampy kolejowej wyjeżdżają pierwsi żołnierze z 12 Orszańskiej Brygady Rakiet Operacyjno-Taktycznych z głowicami, ostatni – 2 października 1992. Do Bornego Sulinowa wkracza Wojsko Polskie, by przygotować miasto do zasiedlenia przez ludność cywilną. 

Krajobraz po wojnie

Rosjanie zabrali ze sobą wszystko, co byli w stanie unieść. Nawet czołg z postumentu na dawnej ulicy Hitlera, potem Stalina, a dziś Niepodległości. Na szczęście wkrótce na cokole pojawia się nowy czołg, wypożyczony przez Muzeum Wojska Polskiego. Pozostał też pomnik Pepeszy. Na pomniku widnieje podpis Ivan Poddubnyj 1926-1946. Kim on był i dlaczego zginął rok po wojnie? Dariusz Tederko przeprowadził prywatne śledztwo.
– Po wkroczeniu na te tereny Armia Czerwono mocno „rozrabiała”. W pewnym momencie miarka się przebrała i pozostali w służbie żołnierze Wojska Polskiego postanowili dać Rosjanom nauczkę. Rozegrała się regularna bitwa. Najprawdopodobniej to właśnie wtedy zginął Poddubnyj.


Za czasów radzieckich pomnik stał w centrum miasta, przed odjazdem Rosjanie przemieścili go na cmentarz, być może z nadzieją, że stamtąd Polacy go nie ruszą. Nie pomylili się. Wokół pomnika rozsiane są groby. Na wielu z nich leżą maskotki. Ich barwy powoli gasną, jak życie i stapiają się z kolorami lasu.

Być może w jednym z grobów leży chłopak, którego historia powtarzana jest przez mieszkańców Bornego Sulinowa. Zbiegł z wojska i ukrył się w lesie. Tam spotkał go leśniczy. Zaczął przynosić mu jedzenie, co nie uszło uwadze żony. Zaczęła go pytać – dla kogo, dlaczego, więc powiedział, a ona przekazała dalej. Informacja doszła do dowództwa. Kilka dni później przyszli po chłopaka z trumną, a na grobie umieścili tabliczkę „nieizviestnyj”. Tak Armia Czerwona karała za dezercje. Pozbawiała imienia na zawsze. 

Początki wszystkiego

W Bornem Sulinowie wszystko ma swoją dokładną datę. Oficjalne otwarcie miasta następuje 5 czerwca 1993 roku, prawa miejskie uzyskuje 2 października. Wiadomo, kiedy przybył pierwszy osadnik, kiedy urodził się pierwszy mieszkaniec, kiedy zmarł. Kiedy powstała pierwsza szkoła, pierwszy szpital…

…pierwszy pensjonat Gościniec ROSSIJA

Wiosna 1993 rok. Zbigniew Konieczny dowiaduje się o istnieniu Bornego Sulinowa od znajomego z Uniwersytetu Ślaskiego. – Uniwersytet Śląski został zaproszony przez ówczesną panią wójt do wykonania badań pod kątem ekologii, czy teren nadaje się do zasiedlenie. A że w tym czasie byłem prezesem siemianowickiego klubu jeździeckiego Deresz, przyjechałem, by się rozeznać czy istnieje możliwość zorganizowania tu obozu sportowego.
Jego uwagę przyciągają poniemieckie stajnie. Zatem można. Już po otwarciu miasta zakłada pensjonat Deresz.
– Miał to być ośrodek zamiejscowy klubu, który przerodził się w całoroczny pensjonat. Okazało się jednak, że nie było zainteresowania na konie, ale było zainteresowanie historią tego miejsca.
Ludzie pytali, a Zbigniew Konieczny opowiadał, w końcu przyjechał tu przed początkiem miasta. Wkrótce zmienił nazwę pensjonatu na Gościniec Rossija. Do menu wprowadził rosyjskie dania według przepisów, które sam przywiózł z Rosji. Udało mu się odtworzyć ich oryginalny smak. Solianka i pilmieni przenoszą mnie do Rosji. Ale nie tylko jedzenie przenosi mnie na wschód. Gościniec Rossija urządzony jest w rosyjskim klimacie. Na ścianach portrety rodziny carskiej, w korytarzu sztandar z Leninem, na parapetach zaś stoją przedmioty podarowane przez Rosjan. Bo lubią tu przyjeżdżać, by powspominać stare, dobre czasy i poczuć się jak w domu. Od nich Zbigniew Konieczny stara się za każdym razem jak najwięcej dowiedzieć o życiu garnizonu. Rosjanie mówią chętnie, dużo, ale nie o wszystkim…

Tajemnica z podziemi

Kiedy jesteś na wypowiedzeniu, przynajmniej masz świadomość, że bardziej już zwolnić Cię nie mogą. Jest to bowiem organicznie niemożliwe. Jeśli chodzi o podziemne miasto, to trudno sobie wyobrazić, by bardziej jeszcze mogło się zapaść pod ziemię. Przykład Bornego Sulinowa wyraźnie jednak mówi – a jednak może! Podziemne korytarze wspominają Niemcy, którzy mieszkali tu przed wojną i w czasie wojny. Opowiadają, że poruszali się po nich specjalnymi pojazdami, tak były długie. Po wyjściu armii radzieckiej podziemne miasto zapadło się pod ziemię. Nie wiadomo, gdzie są wejścia, jak biegną tunele, choć niedawno odkryto inne tunele – wykopane przez więźniów Oflagu w lesie. 

Ślady

Na szczęście zachowała się spora część niemieckiej zabudowy naziemnej. W różnym stanie. Porównuję przeszłość i teraźniejszość z fotografiami umieszczonymi na trasie ścieżki turystyczno – spacerowej przebiegającej przez miasto. Różnie to wychodzi. Czasem dawne zdjęcia wygrywają dyskretnym urokiem czerni i bieli. I jak to w życiu – pewne budynki straciły swój blask, inne dopiero teraz stały się piękne. Niestety, najbardziej reprezentacyjny budynek dawnego Gross Born popadł w ruinę. Dom Oficera, bo przed nim teraz stoję, znika w oczach. Kiedyś spędzali tu czas oficerowie, dziś wpadają tu miłośnicy urbexu. 

foto: Archiwum Urzędu Miejskiego w Bornem Sulinowie

Tympanon Domu Oficera zdobi postać jeźdźca.
– Jeśli spojrzy się na niego pod pewnym kontem, można dojrzeć swastykę – mówi Dariusz Tederko. Wchodzimy do zdewastowanego holu, który jednak wciąż pokryty jest dachem. Kilkanaście metrów dalej, w miejscu, gdzie znajdowała się sala reprezentacyjna widzę dziką łąkę otoczoną murami z widokiem na niebo, którego nie zakłócają żadne stropy i sufity. Zniszczenia są ogromne, ale wciąż budynek ma szansę na odbudowę.


foto: Archiwum Urzędu Miejskiego w Bornem Sulinowie

– Niemcy zbudowali bliźniacze miasto – Bergen Hohne w Niemczech, w którym znajduje się kopia naszego domu Oficera – mówi Dariusz Tederko. – Wciąż pełni wojskowe funkcje i jest niedostępne dla cywili, ale myślę, że bez problemu udostępniliby zdjęcia
Nie wszystko przepadło ze starego wnętrza. Zachowały się też żyrandole. Na krótko przed pożarem proboszcz tutejszej parafii otrzymał je od właściciela budynku. Zawisły w kościele, który znajduje się w dawnej kantynie. Tej samej, w której odbyła się historyczna konferencja prasowa Dubieniewa.

foto: Archiwum Urzędu Miejskiego w Bornem Sulinowie

 

Tryptyk

Dla proboszcza historia jest kłamstwem. Akceptowalnym, jeśli zgrabnie opowiedzianym. Więc nie silę się na łuskanie prawdy i słucham pięknej opowieści o tryptyku w przykościelnej kaplicy. Wyrzeźbił go Jan Zamoyski, wówczas więzień Oflagu II B Gross Born. Po wojnie krętymi drogami trafił ostatecznie na zaplecze Katedry Polowej Wojska Polskiego w Warszawie. Wówczas nie było mowy o jego przekazaniu. Zatem wykonano kopię o dość elastycznym podejściu do oryginału. Kopia zawisła na ołtarzu głównym kościoła. Kilka lat temu udało się jednak sprowadzić oryginalny ołtarz i zawisł w kaplicy. Przed nim stoi ołtarz pod którym wmurowano cegły wyjęte z ruin Oflagu. 

Dyskretny urok

Patrząc na zdjęcia nie mam wątpliwości, że Borne Sulinowo nigdy nie wyglądało tak źle jak w czasach przejściowych, kiedy wyjechali stąd Rosjanie, a Polacy dopiero zapuszczali korzenie. I nigdy tak pięknie, jak teraz. Poniemieckie domy powoli, jeden po drugim podnoszone są z ruiny i nabierają blasku. Powstają w nich luksusowe apartamenty, które sprzedają się na pniu.
– Kupują je przeważnie mieszkańcy większych miast Polski, ale też Berlina, Holandii czy Belgii – mówi  Dariusz Tederko. – W ten sposób z około 5 tys zarejestrowanych tu mieszkańców, na stałe przebywa około 3 tys, z czego przynajmniej 2/3 to emeryci. Powstają też hotele, pensjonaty dla tych, którzy po prostu chcą wypocząć blisko natury, ale mimo wszystko na łonie cywilizacji.
Tę zaletę jako jeden z pierwszych dostrzegł Ryszard Kolanowski. 

Wyzwania

– Co mi z tego, że zatrudnię człowieka, który mówi dziesięcioma językami i ma sześć fakultetów, skoro jeśli zgubi spinacz, to muszę psychiatrę wzywać – Ryszard Kolanowski wspomina swoją rozmowę z prezesem jednej z międzynarodowych korporacji, która tuż po zmianie systemu weszła do Polski. – Jedynymi osobami, które radziły sobie z sytuacjami stresowymi byli sportowcy i to oni stanowili większość w zarządzie. Ryszard doskonale to rozumiał. Sam był sportowcem i wie, co to wola walki na przekór przeciwnościom losu. Musiał się z nimi zmierzyć, gdy pewnego razu wraz z żoną postanowił kupić pałac, urządzić w nim hotel i osiągnąć sukces. Ot takie sobie niewinne marzenie…

Ośrodek MARINA

– Początkowo objeździliśmy wschód, i rzeczywiście oglądaliśmy przepiękne zespoły pałacowo – parkowe, tylko co z tego, jeśli za ogrodzeniem stały bloki z wielkiej płyty?
Pewnego razu pojechali w odwiedziny do Szczecinka. Wtedy przy stole Kuzyn wspomniał o Bornem Sulinowie. Może tam coś jeszcze zostało? Zostało. Działka nad samym jeziorem. Idealna, by zbudować hotel, restaurację i ośrodek sportów wodnych w jednym.
I tak szesnaście lat temu zaczęli budowę Ośrodka Konferencyjno – Wypoczynkowego MARINA. W międzyczasie ich wizja ewoluowała. Już nie chcieli pałacyku. Zbocze skarpy obudowali konstrukcją przypominającą galeon. Siadamy na jego pokładzie w cieniu żagli. Zamawiam sernik.
– Według przepisu babci. Nie mojej, ale jednej z dziewczyn z kuchni. 
Sernik jest wyśmienity o konsystencji przypominającej coś pomiędzy mgiełką, a delikatnym kremem. Wszystko to przykryte jest warstwą bezy i pierzynką z bitej śmietany. Każdy kęs unosi mnie nad ziemię, skad za chwilę ciska mną w ziemie zwrot, bądź co bądź grzecznościowy –  „dzień dobry”. Tak witają Ryszarda wypoczywające tu na koloniach dzieci. Jedne za drugim. 
– Mam taką zabawę… Na początku każdego turnusu dziecko, które powie jako pierwsze powie mi dzień dobry, wieczorem otrzymuje olbrzymią porcję lodów. Następnego dnia wszyscy mnie witają.

Nad wodą

Kiedy Ryszard rozpoczął budowę swojego ośrodka, turystyka dopiero raczkowała. 
– Ale zakładaliśmy, że kiedyś zaczną tu przyjeżdżać, bo tu jest zbyt pięknie. Borne Sulinowo ma olbrzymi potencjał, który wciąż jest niewykorzystany. Tu jest wszystko –  las, jezioro Pile, poligony, rzeka Piława.


Wystarczy stanąć przy burcie, stąd rozpościera się widok na miejską plażę. A tam olbrzymi ruch. Dzieci wypoczywające na obozach sportowych prowadzone przez Stowarzyszenie WinKids właśnie wypływają na jezioro. Jarek – instruktor ratownictwa nie bez powodu od kilku lat prowadzi tu kursy podczas obozów Stowarzyszenia WinKids – Obozy sportowe, które specjalnie na tą okoliczność zainwestowało w budynek, w którym mieszkają kursanci. Przy brzegu można wypożyczyć motorówkę albo kajak i popłynąć na spływ Piławą.

Bezkresy wrzosowe

Nigdy wcześniej nie przypuszczałam, że czołgi mogą stworzyć krajobraz wcale nie po bitwie. Przez ponad 60 lat rozjeżdżały lasy, a później już bezkresne polany gdzieniegdzie prawdopodobnie porośnięte wrzosem. Zadeptywały, paliły, zajeżdżały gąsiennicami.
– A wrzos lubi takie traktowanie, wtedy właśnie się rozkrzewia – mówi Dorota Chrzanowska, burmistrz Bornego Sulinowa. W ten sposób powstały Diabielskie Pustacie, czyli bezkresne wrzosowiska, o których wciąż wie zbyt mało osób.
Z Dorotą Chrzanowską spotykam się w Urzędzie Miasta urządzonym w dawnej siedzibie dowództwa garnizonu. Coś w tym jest. To ona obecnie dowodzi miastem i tworzy strategie rozwoju turystyki. Głównie aktywnej.

foto: Tadeusz Wojewódzki
– Już w przyszłym roku, przy ulicy sportowej powstanie pole namiotowe z budynkiem socjalnym dla biwakowiczów, miejscem do stacjonowania kamperów oraz pomostem – mówi Dorota Chrzanowska. – W ramach tego projektu powstaną dwie nowe przystanie kajakowe, jedna przy kompleksie sportowym i druga przy moście Liszkowskim nad Piławą, skąd zaczynają się spływy kajakowe.

Został zakończony pierwszy etap budowy ścieżki rowerowej z Rakowa. – Będzie ona biegła przez Łubowo dawnym nasypem kolejowym przez wiadukt kolejowy, a następnie przez lasy do miasta.

Ścieżka minie rampę kolejową. Tę samą od której rozpoczęła się militarna historia Bornego Sulinowa i na której się zakończyła…

Informacje praktyczne

Noclegi i wyżywienie

Gościniec ROSSIJA
ul. Spacerowa 3
Polecam: Soliankę i Pilmieni

Osrodek Konferencyjno – Wypoczynkowy MARINA
ul. Jeziorna 9
Polecam: Policzki wieprzowe i sernik

Senior Residence
Hotel o wysokim standardzie pokoi za umiarkowaną cenę. Słynie z doskonałej, domowej i niedrogiej kuchni oraz zabiegów rehabilitacyjnych.

Cafe Sasza
Polecam: Soliankę
Warto zajrzeć do sklepu z produktami rosyjskimi. Niestety, ich ceny są wysokie, a wybór bardzo skromny. Polecam kiszone pomidory.

Zwiedzanie

Muzeum Militarnej Historii
ul. Wojska Polskiego 1,
Borne Sulinowo

Izba Muzealna w budynku Kulturalno-Oświatowym
czynna od wtorku do piątku w godzinach 10:30 – 14:30
Al. Niepodległości 28

Co jeszcze warto zobaczyć

Tereny Oflagu II D
Nie zachowały się zabudowania, ale jest las, są krzyże, obeliski. Wiemy też, gdzie jest wejscie do tunelu, który wykopali i którym uciekli francuscy oficerowie.

Cmentarz więźniów oflagu
Wymowne brzozowe krzyże w lesie na terenie dawnego obozu. Nieopodal cmentarza odkryto tunel, który wykopali francuscy oficerowie i ptóry wyprowadził kilkuy z nich na wolność.

Zabytkowy Jaz na Piławie
Element Wału Pomorskiego. Zobaczysz go na pewno, jeśli wybierzesz się na spływ kajakowy.

Co kupić

Miód wrzosowy
i nie tylko. Tutejsi pszczelarze sprzedają doskonałe i ekologicznie czyste miody.

Ważne kontakty

Centrum Informacji Turystycznej
ul. Bolesława Chrobrego 3A
tel. 94 37 34 166
e-mail: it@bornesulinowo.pl

Dariusz Tederko
Terenowy przewodnik turystyczny tel. 500 464 732
Email: tederko@wp.pl

Win Kids – Obozy Sportowe
Żeromskiego 62, 72-600 Świnoujście
603 997 333
www.winkids.pl
fb @winkidspl
instagram @winkids.pl

 

 

Udostępnij

Podobne

Spodobał Ci się wpis?
Polub mnie na Facebooku i pozostańmy w kontakcie:)

O mnie

Warto marzyć - niekoniecznie o podróżach. I warto spełniać nawet pozornie szalone marzenia, jak to o bambusowym rowerze:) Bo to właśnie dzięki marzeniom świat staje się piękny!

Close